Autobusem po pustyni solnej – czyli Salar de Uyuni po raz pierwszy i po raz drugi

Mówi się, że Salar de Uyuni to największa solna pustynia na świecie. Szczerze, to nie interesuje mnie czy jest największa czy też nie, ale fajnie jest gdy przez godzinę suniesz autobusem po soli, blisko stówa na liczniku, i wiesz, że możesz jechać kolejną godzinę i widok się nie zmieni. Gdyby pustynia była mała, to nie zdążyłabym się wychylić przez okno, by zrobić zdjęcie. A tak to zrobiłam ich z przynajmniej z … pierdyliard!

Już tu byliśmy, więc co się podniecać będziemy. Teraz to pewnie będziemy potrzebowali jakiejś dodatkowej dawki emocji, by się znów solną pustynią zachwycić. – tak myślałam. A jak było?

GALERIA ZDJĘĆ -> SALAR DE UYUNI

Cztery lata temu. Rok 2012. Wyspa Incahuasi SALAR DE UYUNI
Wizja tego, że na wyspę leżącą gdzieś po środku pustyni solnej, można dojechać autobusem, wydawała się emocjonująca i dość abstrakcyjna. Nie ma drogi, znaków, innych samochodów, świateł i krzyżówek.
To był taki czas, pomiędzy porą deszczową a suchą, kiedy na pustyni zalegała jeszcze woda. To oznaczało, że wycieczki (jeepy) nie mogły dojechać aż na wyspę, za to autobus już tak. Wiózł ludzi na drugi koniec salaru, zahaczając właśnie o wyspę. Co to oznaczało dla nas? Byliśmy jedynymi turystami na wyspie! Cała ona, wystrojona w kaktusy, tylko dla nas! Na przywitanie wyszedł nam Alfredo, jedyny mieszkaniec wyspy. A później poznaliśmy jego żonę – Aurelię, która siedziała na ławce zrobionej z drewna kaktusa i karmiła małą lamę mlekiem z butelki. Na dachu suszyło się mięso, żartowaliśmy sobie, że zapewne matki tej małej lamy. Zakwaterowaliśmy się w niewielkim schronisku z jedną salą zbiorową, gdzie pozbieraliśmy koce ze wszystkich łóżek, by było nam cieplej. Wieczorem Alfredo zapukał do nas z wizytą. Wręczył nam jedną ze swoich grubych ksiąg, w której zbiera podpisy ludzi z całego świata. Jak wspomniał, tych którzy przybyli na wyspę nieco inaczej niż z wycieczką. Wysiadł prąd, więc oświetlaliśmy wpisy czołówką. Czytaliśmy o podróżnikach którzy przejechali pustynie na rowerze, na motocyklu, czy przeszli pieszo.
Już wcześniej krążyło nam po głowach, żeby to właśnie zrobić. Zainspirowani tymi wszystkimi historiami, w końcu postanowiliśmy.

– Zwariowaliście, umrzecie tam! – mówiła nam Aurelia na pożegnanie, szczerze przerażona. Atmosfera sprawiała, że pomimo tych wszystkich tekstów w księgach, czuliśmy się jakbyśmy byli pierwszymi ludźmi, którzy tego dokonają. To była dla nas wielka przygoda.

No i nie umarliśmy. Tak naprawdę to nie był jakiś niewiarygodny wyczyn. Około 80 kilometrów po płaskim. Jedyne problemy to było palące słońce, które odbijało się od bieli. To że zabraliśmy za mało wody. I że pod namiotem było koszmarnie zimno. Ale widoki… ach, było warto.

 

 

Kilka dni temu. Rok 2017. Wyspa Incahuasi SALAR DE UYUNI

– No, jest i salar. – orzekłam, gdy asfalt zamienił się w sól. Przyjęliśmy go chłodno. Już to wszystko przecież widzieliśmy.
Minęła minuta, dwie, trzy.
– Masakra, jakie to niesamowite nie?

Kolejne minuty połową ciała wystawaliśmy już za oknem, pstrykając foty jak szaleni, zachwycając się jakbyśmy widzieli to wszystko po raz pierwszy. Siedzieliśmy na samym przedzie i zapomnieliśmy, że za nami jest cały autobus pełen ludzi. Pewnie dlatego , bo w ogóle nie było słychać ich radosnych pisków. Salar pokonują tak często, że już przestało ich to dziwić: część ziewała, cześć spała, część patrzyła przed okno ze znudzoną miną.
A my gapiliśmy się przed siebie wypatrując konturów wyspy, byliśmy już blisko. Nagle naszym oczom ukazała się ciemna plama w kształcie… w kształcie wyspy Incahuasi, tak dobrze nam znanej. Wysiedliśmy z autobusu, ubraliśmy ciężkie plecaki z wałówką, dwie pięciolitrowe butle z wodą w ręce. I na tym podobieństwa się skończyły.

Nasza pusta wyspa, pełna była ludzi. Przed solnymi stołami zaparkowanych dziesięć jeepów. W schronisku brak miejsc. Dookoła wyspy jak na drodze szybkiego ruchu, jedne samochody przyjeżdżały, inne odjeżdżały. Ludzie biegali po soli i robili sobie zdjęcia. Rozmowy, śmiechy, gwar. Czynna restauracja, sklepy, zasięg telefoniczny i nawet internet! Alfred z Aurelią gdzieś się schowali. Lamy nie ma. Mięso na dachu się nie suszy.

Przecież wyspa Incahuasi powinna być pusta! Tylko dla nas! Cóż za niesprawiedliwość!
Poszliśmy obrażeni na drugą stronę wyspy. Po drugiej stronie zamieszania – cisza i spokój. Rozbiliśmy namiot pomiędzy wielkimi kaktusami, w pobliżu ktoś zbudował stół z soli i postawił kamienne ławki.

I zaczęliśmy się zastanawiać, czy mamy prawo narzekać, że jest tu tak turystycznie? Teoretycznie wiedzieliśmy, że tak zazwyczaj jest. A to, że wtedy mieliśmy wyspę tylko dla siebie, było szczęśliwym zbiegiem okoliczności.
Oczywiście mamy prawo woleć, by nie było tu ludzi, ale nie mamy prawa narzekać na komercję tego miejsca. Dlaczego? Bo przecież sami jesteśmy tego częścią, przyjechaliśmy na wyspę wraz z innymi turystami. Korzystamy z udogodnień jakie nam to daje. Na przykład z tego, że dojeżdża na wyspę autobus (wożąc i zabierając turystów i pracowników), bo chętnie kupimy sobie piwko w sklepie, bo pewnie chętnie byśmy zjedlibyśmy obiad w restauracji (gdybyśmy nie zabrali ze sobą tych wszystkich zapasów), bo miło jest usiąść przy solnym stole, bo fajnie że ktoś już tu spał pod namiotem, po było nawet miejsce na namiot bez kamieni i osłonięte od wiatru.
Przecież zawsze możemy wybrać się na inną wyspę, na których nie ma zupełnie nic i na które jest się dostać dużo ciężej.
No i przeszło nam wkurzanie się na bezbronnych ludzi. Pozostała radość, że w ogóle mieliśmy taki luksus, by być ta tej wyspie zupełnie sami. Cieszyliśmy się, że znaleźliśmy cudowne, ustronne miejsce na namiot i że mamy możliwość po raz drugi być w tym niezwykłym miejscu. Bo bez wątpienia takie jest, nieważne że już tu byliśmy i w lepszych okolicznościach.
Gdy zaszedł księżyc, wyszliśmy polować na drogę mleczną. Miało być na chwilę, a wędrowaliśmy po wyspie kilka godzin! Tylko my, kaktusy, droga mleczna i pies. Do namiotu położyliśmy się koło 3 w nocy, a o 5 już byliśmy na nogach, by podziwiać wschód.

Jaki z tego morał?
Skupcie się, bo teraz najważniejsza część!

Morał z tego taki, że gdy jest fajne miejsce, to jest fajnie! Ludzie też są fajni. A piwo jest dobre.
A jeśli nikt nie robi chamówy, szanuje kaktusy i nie drze się jak porąbany, to nawet komercja może być fajna.
I jak będziemy w Uyuni po raz trzeci, to znów na salar pojedziemy!

GALERIA ZDJĘĆ -> SALAR DE UYUNI


Krótkie informacje praktyczne:

  1. Dojazd autobusem na wyspę Incahuasi: Znajdźcie firmę transportową, która oferuje dojazd do miasta LLica, po drugiej stronie salaru (są przynajmniej dwie). Zapytajcie, czy przejeżdża koło wyspy Incahuasi. Czasami jedzie inną drogą, w zależności od tego gdzie chcą jechać pasażerowie.
    Bilet 30 bolivianów w jedną stronę. Normanie autobusy wyjeżdzają z Uyuni i z Llica wcześnie rano i koło południa, ale to się zmienia, więc trzeba zasięgnąć informacji.
  2. Wstęp na wyspę Incahuasi to 30 bolivianów od osoby.
  3. Można legalnie rozbić namiot i nie pobiera się za to już dodatkowej opłaty.
  4. Na wyspie są kibelki i umywalki z wodą (w cenie wstępu, trzeba tylko pokazać bilet).
  5. Jest też restauracja i sklepik. W sklepiku piwko jest niewiele droższe niż w mieście ;).
  6. Przez wyspę przechodzi dobrze oznaczony szlak, przejście go zajmuje około godziny.
  7. Z wyspy można wrócić też na piechotę (jak to zrobiliśmy my kilka lat temu). Do Colchani jest około 80 km. Inne opcje to np. Llica (80 km), Tahua (40 km). 

23 Comments

  1. Muszę przyznać że jestem troszkę anonimowym Waszym fanem, ale podążam za Wami od dawna. Muszę napisać, że robicie super zdjęcia i od zawsze marzyłem o Ameryce Południowej. Odkąd Was oglądam to marzenie przeszło już do statusu „do zrobienia”. Dzięki za całą wiedzę, relacje, zdjęcia… Choć nie znam Was osobiście to czuję, że mega spoko jesteście. :-) Pozdrawiam Was serdecznie, Piotrek z Świat jest książką

    1. Strasznie nam miło! Bardzo dziękujemy za Twój komentarz!
      No i oczywiście polecamy Amerykę Południową, straaaasznie dużo tu do zobaczenia. Nawet ułamka jeszcze nie zdążyliśmy zwiedzić ;)
      Również pozdrawiamy i może w takiem razie do zobaczenia w Ameryce PD skoro jest w planach? :)

    2. Oj jest, ale póki co jesteśmy w Azji, a potem czeka nas kilka rzeczy po drodze. Już jesteśmy „na trasie” ponad 16 miesięcy i wiemy jak to wygląda. Tzn. jest tyle miejsc do zobaczenia, że szok! Bardzo chętnie bym Was kiedyś poznał, także kto wie. Nie znamy dnia nai godziny. ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *