Nasz peruwiański osioł


Z naszej podróży po Ameryce Południowej szczególnie tą historię zawsze wspominamy z ogromnym wzruszeniem. Będąc w Peru, a dokładniej w mieście Cothauasi, gdzie znajduje się ponoć najgłębszy kanion na świecie *, kupiliśmy osiołka i przeszliśmy z nim około 200 kilometrów przez Andy. To osioł stał się tutaj głównym bohaterem. Pełną relację przeczytać można TUTAJ. Galeria zdjęć – TUTAJ .A poniżej historia o ośle – Paksie podzielona na tematy. * Kanion Cothauasi walczy o ten tytuł z Kanionem Colca. Jednak jak to zwykle bywa, pewnie gdzieś tam na świecie istnieje jeszcze głębszy.

1. Skąd pomysł by kupić osła i przejść z nim Andy?

Powody były dwa: praktyczny i romantyczny ;) Zanim wjechaliśmy do Peru spotykani po drodze turyści mówili nam: „Boliwia jest spoko, ale jak wjedziecie do Peru to zobaczycie różnice. WSZYSCY będą chcieli was oszukać, wydoić kasę. W tym kraju niemożliwe jest, by wędrować sobie gdzieś samemu, wszędzie TŁUMY turystów.” . Podobne opinie słyszeliśmy wielokrotnie. Oczywiście ciężko było do końca w to uwierzyć, ale wiedzieliśmy jedno: że chcemy się udać na jakiś trekking w Andy, daleko od jakichkolwiek atrakcji turystycznych. Początkowo postanowiliśmy, że z miasteczka Cothauasi, pójdziemy na piechotę do Machu Picchu. Wiedzieliśmy jednak, że momentami trasa wiodła będzie na dużych wysokościach, a my nie mieliśmy ze sobą puchowych śpiworów, tylko zwykłe szmaciaki. Z tego powodu chcieliśmy zaopatrzyć się w koce z alpaki, które sporo ważą i przede wszystkim są duże i zajęłyby nam cały plecak. Pomyśleliśmy więc, że fajnie by było mieć osiołka lub muła, który by nam pomógł z bagażami. Dla mnie jednak, najważniejszym powodem dla którego chciałam kupić osła, była jakaś moja ułożona w głowie wizja romantycznego trekkingu z nim przez Andy. A że osły absolutnie zawsze wzbudzały we mnie sympatię, a gdy je widzę nie potrafię przejść obojętnie, wiedziałam że cudownie by było, chociaż przez jakiś czas, zobaczyć jak to jest mieć swojego osła…

Ich Troje

 


Do spisu


2. Jak wyglądało szukanie osła?

Z tym był mały kłopot. Bo przecież nie wiedzieliśmy jak mamy zabrać się za kupowanie osiołka. Już wcześniej, podczas podróżowania, wypytywaliśmy w luźnych rozmowach Boliwijczyków ile osioł może kosztować. Kiedy dotarliśmy do Cothauasi, powstał konkretny plan pójścia do Machu Picchu z osłem, to tam więc zaczęliśmy rozpytywać ludzi w sklepach, weterynarza, właściciela naszego hotelu itd. Czasami wręcz pisaliśmy kartkę: „jesteśmy zainteresowani kupnem osła, prosimy o kontakt w hotelu…lub pod numerem telefonu…” i przypinaliśmy ją do samotnie przywiązanych gdzieś osłów. Największą pomocą okazał się właściciel naszego hotelu, który znał dużo ludzi i chciał być pomocny. Do naszego hotelu więc zaczęli przychodzić sprzedawcy z osłami lub my jechaliśmy do innej wioski by obejrzeć osła do sprzedaży.

foto-8438_PAX


Do spisu


3. Skąd wiedzieliśmy jakiego osła szukać, na co zwracać uwagę?

Nie wiedzieliśmy:) Uczyliśmy się w trakcie kupowania. Najpierw instrukcje dał nam właściciel hotelu mówiąc ile lat powinien mieć osioł, na co mamy zwracać uwagę i ile powinien kosztować. Kiedy negocjowaliśmy w sprawie kupna, zawsze potem zwracaliśmy się do niego w celu uzgodnienia czy nie chcą nas przypadkiem oszukać i to on często odradzał nam krzycząc: „za drogo! Poszukam wam kogoś innego”. Po porady udaliśmy się również do weterynarza i to tam uzyskaliśmy najwięcej informacji, które nas usatysfakcjonowały: – wiek rozpoznaje się po zębach. Młody osioł powinien mieć duże, białe zęby – lepiej kupować samca i żeby był wykastrowany, ponieważ może uciekać. – kolor osła nie ma znaczenia (wcześniej jeden ze sprzedawców zachwalał nam, że jego osioł jest czarny a to oznacza że silny) – 350 soli to dobra cena, ale za młodego, silnego osła i razem z „siodłem” – może iść cały dzień i nieść 50-60 kg stale, a dużo więcej chwilowo. – najlepszym jedzeniem dla osłów jest alfalfa (lucerna). Wydawało nam się więc, że wiemy już wszystko – co okazało się nieprawdą.


Do spisu


4. Jak wyglądały ostateczne negocjacje?

Negocjacje były bardzo zabawne, zarówno dla nas, jak i dla sprzedawcy. Był z nami jeszcze właściciel hotelu, który miał nam pomóc. Nasze pytania, bawiły sprzedawcę i świadczyły o tym, że nic o osłach nie wiemy. Pytaliśmy go np. czy osioł nie będzie marzł na dużych wysokościach? Co mamy robić jeśli będzie w nocy padać? Czy osioł ma jakieś imię? itd. Zaglądaliśmy w zęby, ale niewiele nam to mówiło. Osioł był niewykastrowany, ale sprzedawca Manuel, przekonywał nas, że osioł nie ucieknie, a właściciel hotelu nagle zmienił zdanie i twierdził że nieważne, że nie jest wykastrowany. Cena, o której gdy ktoś inny chciał nam za taką sprzedać, właściciel hotelu krzyczał „za drogo!”, tym razem powiedział że za takiego dobrego osła to cena jest super. Kupiliśmy go więc za 350 soli plus „Carona”. Carona to inaczej siodło, ale takie bardzo prymitywne. To po prostu całe mnóstwo starych szmat, ubrań, futra owiec i sznurek. Według sprzedawcy osioł ma 4 lata, czyli powinien być w idealnym wieku. Daliśmy Manuelowi zaliczkę i nie spisaliśmy umowy (właściciel hotelu przekonywał nas, że tego się w Peru nie praktykuje, a on tego gościa dobrze zna i nie ma potrzeby). Facet przyszedł z osłem na drugi dzień.

foto-8446_PAX


Do spisu


5. Jak okazało się, że nas oszukano?

Po dwóch dniach marszu, iluś tam kilometrach, kiedy dotarliśmy do pierwszej wioski, minęła nas boliwijska rodzina. Zapytali: „a wy dokąd idziecie z tym starym osłem?”. Okazało się że facet jest hodowcą osłów, że zna się na nich bardzo dobrze. Zaglądnął mu w zęby, obejrzał z każdej strony i powiedział: „osioł ma minimum 10 lat, jest stary i nadaje się już tylko na mięso”. Osły żyją około 30-40 lat i mogą pracować niemalże do „dwudziestki”,jednak w tamtych rejonach już dużo wcześniej przerabia się osiołki na salami. Oczywiście nie uwierzyliśmy mu od razu i zaczęliśmy rozpytywać innych. Każdy mówił to samo: około 10 lat, siwy a nie szary, zęby duże z przodu ale tylnych brak. W dodatku gdy dowiedzieli się że zapłaciliśmy 350 soli głośno krzyknęli że nas oszukano. Że taki osioł kosztuje dużo mniej. Wiele godzin zastanawialiśmy się co zrobić, szukaliśmy sprzedawcy, który kupi osła z zaznaczeniem że NIE NA MIĘSO. Bez powodzenia.

foto-8490_PAX

 


Do spisu


6. Co zrobiliśmy dalej?

Jako że wszyscy dookoła mówili nam, że sprzedamy go jedynie na mięso, postanowiliśmy że jedyna opcja to wrócić do Cothauasi, odnaleźć sprzedawcę i dokonać reklamacji. Krzysiek pojechał do miasta autobusem, ja zostałam z osłem w obozie. Okazało się że właściciel hotelu tak naprawdę nie zna sprzedawcy, nie ma do niego numeru, nie wie gdzie mieszka, a na koniec dodał że trzeba było umowę spisać, bo bez niej to nic nie zdziałamy… Strasznie się Krzysiek wkurzył, bo przecież to właśnie przez niego tej umowy nie spisaliśmy. Peruwiańska policja jednak bardzo chciała pomóc. Odnaleziono kontakt do sprzedawcy, jednak ten powiedział że pojawi się na posterunku policji dopiero jutro. Policjanci kazali Krzyśkowi przyjść więc z osłem na drugi dzień. Krzysiek więc ponownie wyrusza w drogę z Paksem do Cothauasi. Wizyta na posterunku trwa bardzo długo. Manuel pokazuje akt urodzenia Paksa, twierdząc że oszukał nas, ale nie tak bardzo, bo osioł ma 6 lat, a nie 4 jak zaznaczał. Dodatkowo najpierw zgadza się, żeby osła wziąć z powrotem i oddać nam kasę, ale musimy mu zapłacić za wypożyczenie osła co wychodzi według niego drożej niż samo jego kupno! W dodatku Manuel twierdzi, że on wcale nie chciał osła sprzedać, ale właściciel hotelu go wręcz do tego zmusił, a my tak bardzo chcieliśmy go kupić że on łaskawie nam go sprzedał. Teraz ubolewa bo osiołka używała jego kulawa siostra, które teraz nie ma jak się poruszać! Ale finalnie osiołka nie chce z powrotem. Sprawa kończy się tak że: Manuel zwraca nam część pieniędzy i zabiera „caronę”. Finalnie więc za osła płacimy 100 soli, a Krzysiek i Paks wracają do mnie :).

DSC_9003_PAX


Do spisu


7. Czym karmiliśmy osła?

Według zaleceń karmiliśmy go alfalfą, którą zakupywaliśmy we wioskach. Innym pożywieniem była chala (czyli wysuszone łodygi kukurydzy), w wyższych partiach był to owies (sprowadzany oczywiście ciężarówkami, bo wysokich częściach Altiplano nie uprawia się nic). Jednak często dokarmialiśmy go marchewkami lub bułkami. Czasami pozwoliliśmy mu na małe szaleństwo i jadł z nami ciastka :P. Oczywiście oprócz tego co mu kupowaliśmy, skubał po drodze co mu się żywnie podobało.

DSC_8892_PAX

foto-8418_PAX

 


Do spisu


8. Czy Osioł ułatwił nam trekking?

Absolutnie nie:). Z wielu powodów:
– TEMPO: z osłem szliśmy dużo wolniej. Tym bardziej, że nie mieliśmy serca biczować go gałęzią tak jak nam radzono. Po iluś tam kilometrach jednak doszliśmy do tego jak zrobić żeby szedł trochę szybciej, nie bijąc go: Ja szłam zazwyczaj w z przodu, Krzysiek z tyłu. I na początku wystarczało żeby ktoś z tyłu szedł, później to już nic nie dawało, to wtedy cmokaliśmy, lub gilgotaliśmy go po pupie ;P. Gdybyśmy byli sami, robilibyśmy dużo więcej kilometrów, jednak żal nam było osiołka i często się zatrzymywaliśmy, żeby poskubał sobie trawkę lub odpoczął.
– JEDZENIE: wydawaliśmy sporo kasy na jedzenie na osła. Kupując mu alfalfę, chalę, marchwki czy inne smakołyki. Czasami musieliśmy dopuszczać się czynów wysoce nielegalnych, by zdobyć pożywienie dla osła ;). Gdy docieraliśmy gdzieś w nocy, nie było gdzie kupić jedzenia, to Krzysiek włamywał się na pole by urwać trochę lucerny. Co zawsze wiązało się z dużym stresem.
– OBOZOWANIE: z osłem ciężko jest się ukryć gdzieś w krzakach, dlatego zazwyczaj każdy znał miejsce naszego obozowania.
– BAGAŻE: na początku worki miał spore. Ale nigdy nie było tak że niósł wszystko. Rozdzielaliśmy bagaż na naszą trójkę. Jednak z każdym dniem, zabieraliśmy mu coś z pakunków. Tak się złożyło, że pod koniec większość rzeczy niósł Krzysiek :P. Bo osła nam było żal, a ja miałam kontuzję nogi i szło mi się bardzo ciężko. Początkowo mieliśmy też ogromne problemy z zamontowaniem tych worków. Robiliśmy to bez wyczucia, za słabo związywaliśmy i co chwile nam zlatywały. Szliśmy więc parę kilometrów, po czym wszystko spadało i montowaliśmy na nowo. Dopiero po jakimś czasie doszliśmy do wprawy.

foto-8978_PAX


Do spisu


9. Gdzie spaliśmy, co jedliśmy?

Większość nocy spędziliśmy pod namiotem, czasami zdarzało się też spać w jakimś „hotelu”. Dlatego „hotelu” w cudzysłowie, ponieważ ciężko to hotelem nazwać. Turystyka tam nie istnieje. Spaliśmy więc czasem w takim syfiatym pokoju, które pozbawione były ubikacji, a co dopiero jakiegoś prysznica.

Jedzenie kupowaliśmy we wioskach i gotowaliśmy na naszej kuchence. Do czasu, aż kuchenka nam się zepsuła. Wtedy któregoś dnia podpatrzyliśmy, że niektórzy jeszcze gotują tak jak to kiedyś się robiło czyli na odchodach alpak, których jest w terenie mnóstwo. Nie mieliśmy więc za bardzo wyboru i zbieraliśmy te odchody, by na nich gotować. W najwyżej położonej wiosce na naszej trasie – Culipampie, a także w Huacullo chodziliśmy do miejscowej knajpki w której zajadaliśmy się z mięsem z alpaki, quinuą lub rosołem z pstrąga.

foto-8921_PAX


Do spisu


10. Jak reagowali na nas ludzie?

Zawsze bardzo entuzjastycznie i z zaciekawieniem. Gdy zaczęliśmy wędrować, ledwo puściliśmy miasto Cothauasi, mężczyźni przede wszystkim bardzo nas zaczepiali krzycząc dokąd idziemy i śmiejąc się z nas. W wyższych partiach, w andyjskich wioskach, ludzi wychodzili przed domy by nas zobaczyć. Przede wszystkim zawsze otaczał nas wianuszek dzieci. Do wiosek nie docierają turyści, nie mają po co, zawsze więc byliśmy sensacją. Musieliśmy odpowiadać na milion pytań, który czasami mieliśmy już serdecznie dosyć. Ludzie w tych wioskach często byli jakby zawstydzeni, podchodzili do nas z dystansem, ale jednak z sympatią np. w jeden z nich, wyszła do nas kobieta z talerzem pełnym ugotowanych ziemniaków i bobu.

foto-8519_PAX

 


Do spisu


11. Jak wygląda nasza trasa? Jakie miasta/wioski po drodze odwiedziliśmy? Ile przeszliśmy?

Nasz plan przejścia do Machu Picchu uległ zmianie w trakcie trekkingu. Dużo się po drodze zmieniło i przestał być ważny CEL naszej wędrówki. Również nasze tempo z osłem był dużo słabsze niż zakładaliśmy, a my nie chcieliśmy już go targać ze sobą aż do Machu Picchu. Nasza trasa finalnie wyglądała mniej więcej tak:

– Cothauasi 2683 m n.p.m
– Tomepampa 2621 m n.p.m
– Alca 2726 m n.p.m
– Cahuana 3000 m n.p.m
– Puyca 3700 m n.p.m
– Suni 3580 m n.p.m
– Maghuancca 3770 m n.p.m
– Huactapa 3700 m n.p.m
– Churca 3860 m n.p.m
– Chincayllapa 4010 m n.p.m
– Culipampa 4700 m n.p.m
– Huacullo – Antabamba 3636 m n.p.m
– Totora – Oropesa 3388 m n.p.m

Po drodze mijaliśmy również pojedyncze domy lub malutkie osady. Przeszliśmy około 190-200 kilometrów i łącznie ok 7 tysięcy metrów przewyższenia i ok 6 tysięcy obniżenia! Najwyższy punkt na trasie – ok 4900 m n.p.m.

foto-8508_PAX

foto-8658_PAX

foto-8654_PAX


Do spisu


12. Jak/gdzie/za ile sprzedaliśmy osła?

Osiołka sprzedaliśmy w Totorze-Oropesie za 150 soli, czyli sprzedaliśmy za więcej niż kupiliśmy. Tak jak mieliśmy problem jak osła kupić tak samo nie wiedzieliśmy jak go sprzedać. Sytuacja była zabawna, Kupiliśmy Paksowi marchewki, usiedliśmy na krawężniku i zaczęliśmy go karmić. Zaraz dookoła nas zebrał się wianuszek ludzi, śmiejąc się z tego że osioł je marchewki. Wtedy też rozpuściliśmy wiadomość, że szukamy na osła kupca. Jako że w tym mieście, osłów właściwie nie było, chętnych było sporo. Mieli też całkiem inne podejście do osłów niż Cothauasi. Głaskali go, dzieci zaplatały mu warkoczyki, mówili „ojej jaki słodki!” – z czym wcześniej się nie spotkaliśmy. Dodawało nam to otuchy, że nie będzie tutaj traktowany jak przedmiot. Była jedna kobieta szczególnie chętna by osła kupić. Potrzebowała go do noszenia suchych do palenia gałązek. Wahała się jednak bo: – osioł jest stary – osioł jest niewykastrowany – nauczyliśmy osła jeść marchewki i ona teraz będzie musiała mu kupować. Tym razem więc to my weszliśmy w rolę sprzedawców zachwalając naszego osła. Że ma jaja, ale nie ucieka w dodatku jest dzięki temu silniejszy, że nie jest stary tylko tak wygląda, że jest silny skoro przeszedł z nami bez najmniejszego problemu taki kawał drogi. Udało się w końcu ją przekonać i kupiła osła. Nakupowaliśmy jej jeszcze marchewek, żeby miał na zapas. Serce nam pękało gdy obserwowaliśmy oddalający się od nas zadek naszego Paksa i modląc się w duchu żeby się za nami nie odwrócił. Poszedł jednak przed siebie, trzymany za sznurek małej oczarowanej nim dziewczynki.

foto-8709_PAX


Do spisu


13. Jakie były najtrudniejsze momenty?

– STARY OSIOŁ – Pierwszym trudnym dla nas momentem, było gdy dowiedzieliśmy się że nas oszukano. I wcale nie chodzi o to, że wydaliśmy więcej pieniędzy, lub że sam fakt, że ktoś nas oszukał tak nas zabolał. Problemem było dla nas co mamy zrobić teraz z osłem? Do którego już się jakoś przywiązaliśmy, a wszyscy mówią nam, że jest stary i w górach nam zdechnie, a jeśli zechcemy go sprzedać to tylko na mięso, wolno puścić go też nie możemy bo sobie nie poradzi lub ktoś go zgarnie. Byliśmy w kropce i czuliśmy się paskudnie.

– MOJA NOGA – W trakcie trekkingu, nagle, nie wiadomo czemu zaczęła boleć mnie kostka u nogi. Opuchła i bolała z każdym dniem coraz bardziej. Na początku to trochę zlekceważyłam, bo przecież co się mogło stać? Ani się nie wywaliłam, ani nic… Jednak gdy dotarliśmy do Culipampy, noga bolała mnie tak mocno, że nie mogłam chodzić. Culipampa leży na wysokości 4700 m n.p.m. i ma tutaj żadnego regularnego transportu. Mieliśmy więc opcje takie: – kończymy trekking, próbujemy złapać stopa i pojechać do jakiegoś miasta i pójść tam do szpitala. Problem – musielibyśmy zostawić osła w Culipampie, gdzie jest strasznie zimno, osioł nie jest przyzwyczajony do takich warunków i nie ma tutaj za bardzo co jeść. – opcja druga, czekamy w Culipampie do usr…. śmierci aż noga jakimś cudem przestanie boleć i idziemy dalej. – opcja trzecia – idziemy dalej z bolącą nogą, co właściwie było niemożliwe, bo ja umierałam z bólu nawet leżąc. – opcja czwarta – łapiemy stopa, osła zostawiamy pod czyjąś opieką, jedziemy do miasta i w jakiś sposób wracamy do Culipampy. Wybraliśmy opcję czwartą. Kupujemy u pani u której śpimy, wyżywanie dla osła na kilka dni, prosimy, by go doglądała, zostawiamy część bagaży i próbujemy złapać stopa. Pani bardzo się cieszy, bo liczy na to że już nie wrócimy, a ona za darmo będzie miała osła. Stopa z ogromnym trudem, ale udaje nam się złapać. Autostop jest tutaj niestety płatny, jedziemy ok 100 km (droga jest w strasznym stanie) jakieś 8 godzin. Kierowca na drugi dzień wraca do Culipampy – więc szczęście się do nas uśmiecha. W Antabambie idziemy do szpitala, zastrzyk w tyłek, silne leki, absolutny zakaz chodzenia. I co teraz? – opcja pierwsza: Krzysiek wraca z kierowcą do Culipamby, ja zostaję w hotelu w Antabambie. Krzysiek idzie z osłem do mnie na piechotę… – opcja druga: nadzieja, że jednak będzie lepiej, zabieramy się razem i kontynuujemy trekking. Zastrzyk mi pomaga, noga boli mniej, decydujemy się wrócić razem i kontynuować trekking. Zostawiamy masę rzeczy w hotelu w Antabambie. (Kierowca – Rodolfo zaśmiewa się z nas, że pojechaliśmy do Antabamby na jedną noc, musimy wrócić do Culipampy bo zostawiliśmy tam rzeczy i osła, potem chcemy iść na piechotę do Totory-Oropesy, stamtąd musimy pojechać do Abancay bo do Antabamby autobusów nie ma i wrócić się do Antabamby bo tam też zostawiliśmy rzeczy…;) ). Noga bolała mnie właściwie całą drogę i musiałam cały czas uważać jak ją stawiam. Dużo później, gdy znów pójdę do lekarza, okaże się że powodem bólu nogi jest naderwane ścięgno.

– ZEPSUTA KUCHENKA – to była absolutna dla nas tragedia. Dzięki kuchence gotowaliśmy wodę, bo jako że jest tam dużo zwierząt hodowlanych (alpaki i lamy) ryzykownym jest pić wodę ze strumieni. Mieliśmy masę makaronów i nic więcej. Gdy więc padła nam kuchenka byliśmy pogrążeni w rozpaczy. Jednak z każdej sytuacji jest wyjście, gotowanie na odchodach alpak okazało się dla nas ratunkiem.

– ROZSTANIE Z OSŁEM – przywiązaliśmy się do niego bardzo i strasznie ciężko było się z nim pożegnać. Chociaż od początku wiedzieliśmy, ze kiedyś ten moment nastanie bo przecież nie wrócimy z nim do Polski.

– GUBIENIE DROGI – notorycznie gubiliśmy drogę. Nie istnieje tam żadnej szlak. Zazwyczaj wydeptane były dróżki przez pasterzy. Czasami jednak tych dróżek było kilka i nie wiedzieliśmy którą iść. Bardzo często na trasie były rzeki, musieliśmy przechodzić przez nie znając do końca ich głębokości czy siły nurtu, a w dodatku musieliśmy przechodzić z osłem. Pamiętam moment, gdy rzekę trzeba było przejść 3 razy pod rząd, nie wyglądało to ciekawie. Ja zostałam z Paksem i bagażami, a Krzysiek poszedł zobaczyć czy to właściwa droga. Nie było go strasznie długo, zebrały się chmury, w oddali zaczęło grzmieć. Byłam mocno przestraszona, bo bałam się czy Krzyśkowi nic się nie stało i zastanawiałam co robić. W końcu wzięłam wszystkie bagaże na siebie, Paksa za sznurek i zaczęłam przez te rzeki przełazić. Szło się koszmarnie, bo miałam mnóstwo rzeczy na sobie, i przechodziło się ciężko. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, Krzysiek wrócił, miał problem ze znalezieniem drogi dlatego trwało to tak długo.

– BRAK JEDZENIA I WODY – gdy przez dłuższy czas nie było gdzie uzupełnić zapasów żywieniowych, kuchenka była zepsuta i nie mieliśmy wody. Byliśmy głodni, spragnieni i zmęczeni. Pamiętam że te momenty było straszne.

foto-2049_PAX


Do spisu


14. Gdzie można Paksa odwiedzić?

Totora-Oropsa to dwa miasteczka oddzielone rzeką. Paksa sprzedaliśmy w Totorze. Kupiła go od nas kobieta, która zajmuje się robieniem rękodzieł z futra alpak. Paks ma na uchu znak szczególny: dwie dziury w lewym uchu. Poza tym, wtedy kiedy my tam byliśmy (2013 r. – lipiec) były tam tylko trzy osły. Lokalizacja Paksika na mapie

foto-9033_PAX


Do spisu


15. Czy zrobilibyśmy to raz jeszcze?

To była jedna z najpiękniejszych przygód w naszym życiu. Jednak chyba nie zdecydowalibyśmy się zrobić tego znowu. Z kilku powodów: – chociaż osiołek nigdy nie wyglądał, jakby cierpiał, to jednak przychodziło nam do głowy, że to jest nasza fanaberia, nie jego i że jemu pewnie nie chce się z nami iść. To przecież nie jest pies, który lubi towarzystwo ludzi. Pomimo tego, że czasami mieliśmy wrażenie, że osłowi sprawia przyjemność iść z nami, to było nam go żal. – jeśli już byśmy coś takiego planowali to staralibyśmy się zrobić to jak najbardziej na lekko. – po trzecie okropnie było się pożegnać z osłem i jeśli byśmy mieli to zrobić jeszcze raz to zakończenie musiało by być inne. Osioł zostaje z nami lub my z osłem :)

foto-8672_PAX

foto-2198_PAX


Do spisu


8 Comments

  1. Pingback: Zatrzymani na granicy za przemyt (Peru) - Arboretum

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *