Okazuje się, że bus do San Vincente jedzie w cholerę dookoła przez Florencję, a pani w okienku nie jest skora do zbytnich negocjacji. W ostatniej chwili więc zmieniamy plany i pakujemy się w nocny do Florencji, z zamiarem kombinowania na miejscu. Niewiele jednak możemy pokombinować…

Strajki i blokady dróg. Nie można jechać ani na PN ani na PD. Droga do San Vincent jest zablokowana. Nie zostaje nam więc zbyt wiele do wyboru i bierzemy nocleg we Florencji. Mamy nadzieję, że rano blokada się zwolni, bo jeśli nie to nie wiemy zbytnio na chwilę obecną co robić…

Udało się! Odblokowali drogę i dojechaliśmy do San Vincente. Jak zwykle zostawiliśmy część rzeczy w hotelu w Florencji. Właściciel hotelu pyta nas, czy nie boimy się jechać do San Vincente i do Macareny: „ przecież to tereny FARC, a San Vincente jest ich dawną stolicą”. My jednak bardzo chcemy zobaczyć „cano cristales” tzw rzekę 5 kolorów, znajdującą się niedaleko La Macareny. Rzeka ta jest stosunkowo od niedawna udostępniona dla turystów. Ci jednak, latają tam samolotami (La Macarena jest 4 tysięcznym miasteczkiem, ale posiada swoje „swojskie”, wojskowe lotnisko w centrum). Ciężko znaleźć jakiekolwiek informację w necie na temat dotarcia tam drogą lądową.

„Teoretycznie jest możliwe dotrzeć do La Macareny jeepem z San Vincente del Caguan (dawna stolica FARC), lub dotrzeć łodzią wzdłuż rzeki Guaviare z San Jose del Guaviare. Ale obydwie drogi prowadzą przez terytorium FARC i obydwa te miasta również mają bardzo wysoki poziom obecności partyzanckiej. Nie jest bezpiecznie dotrzeć tu inną drogą niż samolotem, a wojsko zrobi wszystko żeby powstrzymać cię przed próbowaniem dotarcia tam innymi metodami. Ostatnie czego potrzebuja to miedzynarodowych wypadkow wymagajacych niebezpiecznych dzialan ratowniczych” – czytamy w internecie. Rzut oka na google maps i faktycznie jest widoczna droga z San Vinvente do La Macareny, postanawiamy więc dojechać do tego pierwszego miasta i zorientować się w naszych możliwościach.

SAN VINCENTE DEL CAGUAN
Docieramy tam koło 11. Znajdujemy firmę (jedyna w mieście) z którą można dojechać do La Macareny. Jednak odjeżdżają tylko dwa razy dziennie o 8 i i 9 rano. Cena nas poraża. Dojechać tam będzie w cholerę drogo, na miejscu żeby dotrzeć do rzeki trzeba najpierw przeprawić się przez inną co ponoć też jest drogie i ponoć trzeba wynająć przewodnika, bez niego wojskowi nas nie przepuszczą.
Łapiemy doła. Kupujemy browary i wypijamy w hotelu . Jest radość, mamy okno na świat:D
Rano wychodzimy na ulicę z zamiarem łapania stopa lub targowania się z tymi pick-upami firmowymi które będę tędy przejeżdżać.
Jest źle. Główny ruch to motocykle lub ciężarówki do przewozu krów, które jadą tylko kawałek. Po 8 jedzie firmowy pick-up. Jest załadowany do granic niemożliwości. Kierowca nie chce nas wziąć.
Podejmujemy gorzką decyzję odwrotu. Dochodzimy do wniosku że „Cano Cristales” zrujnuje nasze portfele. W momencie gdy zawracamy, obydwoje czerwoni ze wściekłości – tyle godzin drogi, tyle wydanej kasy żeby tu dotrzeć… No więc my zawracamy, a na drodze staje nam banda ludzi. Pytają gdzie chcemy jechać i dlaczego nie pojedziemy firmowym autem. Tłumaczymy im, że po pierwsze za drogo, po drugie pojechał już jeden i był cały pełny. W tym czasie jedzie ostatni, drugi pick-up tego dnia. Załadowany tak jak i pierwszy. Oni go zatrzymują prosząc, żeby nas zabrał. Kierowca się jednak nie zgadza i odjeżdża. Cała ta grupka ludzi zaczyna się przekrzykiwać, żeby coś nam wytłumaczyć. Kompletnie ich nie rozumiemy, krzyczą jeden przez drugiego. Dalej nie rozumiemy o co chodzi, ale wsiadamy z nimi na motocykle i zawożą nas do tego pick-upa który przed chwilą nie chciał nas zabrać. Pick-up teraz stoi zatrzymany przez wojsko. Kierowca teraz zmienia zdanie i zgadza się nas zabrać. W dodatku udaje mi się sporo utargować. W międzyczasie wojsko przeszukuje też nasze bagaże. Żołnierz mówi do nas: „Wiecie że tu jest niebezpiecznie? To tereny FARC, dlaczego nie polecicie samolotem?”. Przed przyjazdem tutaj, miałam trochę pietra jak to będzie, wszyscy nas ostrzegali. Ale gdy zobaczyłam, że lokalni ludzie codziennie jeżdżą drogą lądową do La Macareny to czego tu się bać? Czym się od nich różnimy? Skoro oni jadą to i my możemy. Krzysiek musi przyjąć pozycję stojącą, na zderzaku na zewnątrz samochodu. Mnie wciskają pomiędzy kierowcą a pasażerem, dokładnie to na skrzyni biegów . Po drodze musimy co chwile się zatrzymywać na rewizje wojska. „Todo el mundo se baja” (cały świat wysiada) mówią za każdym razem. Robią rewizję osobistą mężczyzn, nam sprawdzają bagaże i dokumenty. Generalnie cieszymy się z tych rewizji bo przynajmniej możemy wyjść z samochodu i rozprostować kości . Podczas jazdy zerkam na Krzyśka w lusterku i zazdroszczę mu, że ma tam swobodę i powietrze, a ja się tu cisnę w tym gorącu, tyłek mnie boli i co chwilę muszę się podnosić, żeby kierowca zwolnił ręczny lub zmienił bieg . Zmieniam zdanie, gdy widzę Krzyśka spalonego słońcem i całego w pyle. Mówi mi, że ja bym się nie utrzymała tyle czasu, że trzeba się mocno trzymać. W dodatku dali mu indyka nad głowę i czai się na niego całą drogę .
Po około 4 godzinach…. zwalnia się miejsce na pace, siadamy obydwoje. I chociaż ciężko mówić o wygodzie to w porównaniu z naszymi poprzednimi miejscami teraz to mamy luksus . Po 8 godzinach docieramy do La Macarena. W San Vincente, gdy z rana łapaliśmy samochody, poślizgnęłam się i walnęłam piszczelem w krawężnik. Zrobiła mi się jakaś gula i noga tak mnie bolała, że nie umiałam wysiąść z samochodu ani przejść paru kroków.
Początkowo chcieliśmy rozbić namiot koło miasta, ale tutaj to kompletnie nie wchodzi w rachubę. Wszystkie miejsca obstawione są przez wojsko. W pierwszym hotelu w którym pytamy chcą 100 tysięcy za pokój !!!! To jest jakieś 52 dolary! I w dodatku nie ma wolnych pokoi. Wow cena nas trochę przeraziła, ale uspakajamy się gdy po drugiej stronie ulicy znajdujemy hospedaje za 10 tysięcy za pokój, czyli jakieś 5,2 dolara za nas dwoje. Dużo lepiej, tu zostajemy. Wprawdzie jest lekka ruina i nie ma wody (ponoć całe miasto jest o 10 dni bez wody, na szczęście mają jakieś zapasy), ale mamy okno na świat co ostatnio jest dla nas sprawą priorytetową.
MY: nie ma światła w pokoju?
Babka: jest, ale nie ma żarówki, ukradli. Wszystko kradną. Muszę kupić nową
MY: ale kupi ją pani dzisiaj?
Babka: nie, dzisiaj już nie
MY: to proszę wymienić żarówkę z innego pokoju
Babka: w innych pokojach też nie ma

Wrrr. Czasami jednak wystarczy sobie po polsku przekląć i nagle żarówka się znajduje i mamy światło w pokoju . La Macarena ma prąd 24 h na dobę dopiero od 5 miesięcy. Wcześniej między godziną 22 a 7 rano prądu nie było. Używali więc lodówek na gaz, tak jak w Rurrenabaque w Boliwii.
Pierwszy dzień w La Macarena poświęcamy na rozeznanie się w sytuacji. Z nogą dużo lepiej, chyba nie będzie trzeba amputować . W miasteczku nie ma żadnych agencji, nie wiemy gdzie mamy szukać informacji. Pytając więc ludzi na ulicy trafiamy do informacji turystycznej na lotnisku. Ceny, tak jak podejrzewaliśmy są kosmiczne:
– 1 dzień pracy przewodnika 100 tysięcy peso
– łódź do przeprawienia się przez rzekę 60 tysięcy
– jeep na miejscu żeby dotrzeć do rzeki 80 tysięcy
– bilety wstępu po 5 tysięcy

Łazimy więc po mieście i pytamy ludzi jak to jest. Czy musimy iść z przewodnikiem, czy da się taniej. Wszyscy mówią, że jako że jesteśmy z innego kraju potrzebujemy pozwolenia, żeby zobaczyć rzekę. Pozwolenie daje wojsko i tylko licencjonowanemu przewodnikowi. Ponoć da się to zrobić wszystko taniej, jak się jest w większej grupie. Tyle, że na ulicach prawie w ogóle turystów nie widać. Spotkaliśmy dwie grupy, ale oni mieli już kupione wycieczki zanim tu przylecieli. Trafiamy do jakiejś kobiety, której syn ma kolegę przewodnika i może nam coś taniej załatwić. Syn idzie szukać kolegi i czekamy na niego jakąś godzinę z jego matką. Zadziwia nas jej geograficzna wiedza

MY: jesteśmy z Polski. Z Polski dotarliśmy najpierw do Brazylii
ONA: ale z Polski do Brazylii przyjechaliście samochodem?

ONA: a Ekwador jest państwem????? Peru też???!!!!

Z wizyty nie wychodzi nic. Chłopakowi nic nie udaje się załatwić. W końcu trafiamy na jakiegoś przewodnika, który schodzi z ceny 250 tysięcy do 160 tysięcy. To wciąż cholernie dużo. Ale nie mamy pomysłu jak zrobić to inaczej. Dobijamy interesu.

CANO CRISTALES

Dzień zaczął się koszmarnie, bo zepsuła się nam kuchenka. Wcześniej dwa razy była czyszczona przez mechanika palnikiem z ogniem. Jednak już zrobiła się w niej od tego mała dziurka. Jest w takim miejscu, że niczemu nie przeszkadza, ale nie możemy już dalej czyścić kuchenki w taki sposób, bo zniszczymy ją całkiem. Nie chcąc psuć sobie dnia, próbujemy pogodzić się z faktem, że będziemy teraz bez kuchenki. I tak już niedługo wracamy do Polski, damy radę pociągnąć trochę na suchym prowiancie.
Po 7 rano przyjeżdża po nas przewodnik. Wsiadamy w trójkę na motocykl i jedziemy jakieś 15 minut do rzeki. Ale nie do portu jak wszyscy, tylko gdzieś dalej. W miejscu gdzie on ma znajomych i można przeprawić się krócej. Łódką sterują dzieciaki. Przeprawiają nas i motocykl na drugi brzeg. Tam zamiast do jeepa wsiadamy dalej na motor. Przewodnik kombinuje, żeby zrobić to jak najtaniej i więcej kasy zgarnąć dla siebie. Jakieś 15 minut na motocyklu i docieramy do jakieś budy.

Przewodnik: musicie tutaj zapłacić bilet po 5 tysięcy od osoby
My: przecież pytaliśmy wczoraj i mówił pan, że nie będziemy musieli płacić nic więcej!!!!
Przewodnik: no tak, zapomniałem o tym
MY: to proszę teraz opuścić swoje usługi o 10 tysięcy
Przewodnik: nie naprawdę, ja i tak tanio pracuję…

Ogarnęła nas wściekłość. Gotuje się w nas na maksa. Postanawiamy jednak, że kompletnie NIC nie zepsuje nam tego dnia. Płacimy bilety wstępu. Chowamy wściekłość i obrażanie się do kieszeni, chcemy się dobrze bawić.
Od budki trzeba jeszcze iść ok 20 minut. I jest. Rzeka 5 kolorów. Mogę se dać głowę obciąć, że ma więcej niż pięć. Okazuje się, że rzeka jest jeszcze piękniejsza niż na zdjęciach, że naprawdę ma takie kolory, a zdjęcia nie są efektem photoshopa. Rzeka zawdzięcza swoje kolory roślinom znajdującym się pod wodą. Ze względu na dostępność do słońca przyjmują przeróżne kolory. Najmocniejsze i przeważające kolory to czerwony i różne jego odcienie. Rośliny mają też kolor różowy, fioletowy, bordowy, zielony, biały, brązowy. W dodatku woda w rzece jest krystalicznie czysta, od tego właśnie wywodzi się nazwa. Cano Cristales to jedno z tych miejsc, na które patrzysz i myślisz sobie „cholera! To jest po prostu niemożliwe, żeby coś tak pięknego istniało naprawdę. Chyba jesteśmy w raju”. Absolutnie rzeka warta jest kasy i czasu które straciliśmy na nią. To jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widzieliśmy w życiu.
Wędrujemy przez wiele godzin wzdłuż rzeki, co chwile wskakując do różnych oczek wodnych i basenów. Jesteśmy tylko my i przewodnik, dzięki czemu mamy kompletny spokój. On nas nie pogania, sam się relaksuje . Możemy do woli zostawiać w różnych miejscach. Totalny relaks, bajka, raj. „Wow” to jest słowo które wypowiadamy tego dnia chyba z miliard razy .

Nasz przewodnik nie chce nam uwierzyć, że „polacy” po hiszpańsku to „los polacos”. Upiera się, że jesteśmy „los polonios” . A gdy pytamy go czy dużo turystów z Europy tu przyjeżdża odpowiada że : „tak, przyjeżdżają z Francji, z Niemiec, z Japonii, z Chin, Z Meksyku. Meksyk jest w Europie nie?” .
Nad rzeką spędzamy w końcu więcej czasu niż mieliśmy. Najchętniej to byśmy zostali tu przynajmniej z tydzień. Rozbili namiot nad rzeką i cieszyli się rajem. Niestety jest to zabronione. A wojska jest tu naprawdę sporo. Żegnamy się z rzeką i wracamy do miasteczka.
Przewodnik daje nam pomysł, żebyśmy kupili jakąś igłę do czyszczenia naszej kuchenki. Nie wierzymy zbytnio w powodzenie tego, ale nie mamy nic do stracenia. Pytamy w jednym sklepie, tam nas odsyłają do kogoś innego, tam znów do kogoś innego. Co jest fajne w Kolumbijczykach to ich chęć pomocy. Nie powiedzą tylko że czegoś nie potrafią, czy nie mają, tylko zastanawiają się kto z ich znajomych może pomóc. I nie mówią nam gdzie to jest, tylko zazwyczaj idą tam z nami. Tak trafiamy do mechanika pilarek. Mechanik widać znający się na rzeczy, bo od razu miał jakiś pomysł. I bez użycia ognia, czyści nam kuchenkę jakimś płynem. Jezu jaka radość na zakończenie cudownego dnia. Gdy przychodzi do zapłaty, mechanik mówi, że naszą zapłatą niech będzie napicie się z nim tinto . Tinto to po prostu czarna kawa. Siadamy więc przed jego zakładem i domem i pijemy kawkę. Coza piękny dzień. Ostatni dzień w La Macarena, bo kolejnego dnia wracamy do Florencji.

Zauważyliśmy, że to zawsze działa. Mówimy cenę za transport. Oni mówią, że absolutnie za taką cenę pojechać nie możemy bo im się to nie opłaca. Więc rezygnujemy, ale siadamy tak żeby mieli nas na oku . I przed samym odjazdem słyszmy: dobra, wsiadajcie :D:D:D. Niesie to jednak ze sobą element ryzyka, bo samochody często są pełne i zwyczajnie nie ma w nich miejsca jakbyśmy chcieli zapłacić normalną cenę. Tym razem ludzi jest dużo mniej. Mamy całą pakę dla siebie. Jedziemy dużo krócej bo zamiast 8 godzin, jedziemy 6. Oznacza to niestety, że kierowca jedzie szybko więc potrzęsło nas totalnie . Ale jesteśmy już we Florencji. Dzisiaj wieczorem wyruszamy do Cali

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.