Ciekawostki o Amazonii część I – Fobie


Pamiętam jakie miałam wyobrażenia o amazońskiej dżungli, zanim pojechałam tam po raz pierwszy. Myślałam że gdy tylko przekroczę jej bramy, to zaraz pożre mnie jakiś jaguar i wszędzie będą biegać tarantule wielkości mojej głowy (Noo, może troszkę przesadzam;)). Będę musiała być tak szczelnie ubrana, żeby nie było żadnej szpary, przez którą mogłyby wejść śmiertelnie niebezpieczne owady. Kiedy jeździmy po Polsce z naszymi opowieściami z Boliwii, okazuje się, że większość ludzi, którzy nigdy nie byli w Amazonii, ma podobne skojarzenia. Jako że minął rok, od naszego powrotu z Boliwii, wzięło mnie na wspomnienia. Zapraszam więc na cykl o amazońskich ciekawostkach. Pierwotnie chciałam napisać jeden post, ale zaczął się tak rozrastać, że podzielę go na odcinki. Dziś zapraszam Was na pierwszy, o zwierzętach Amazonii!

Te wszystkie teksty tyczyć się będą tej części Amazonii w której my byliśmy, czyli boliwijskiego parku Madidi. Jeśli więc używam słowa „Amazonia” mam na myśli jej boliwijską część.

Spędziliśmy w niej wiele miesięcy, początkowo pomagając rdzennym mieszkańcom w ramach wolontariatu. Ci ludzie kiedyś żyli głównie z tego co upolowali, ale teraz czasy się zmieniły i od kiedy powstał Park Narodowy to jednym z najważniejszych źródeł ich dochodu jest turystyka. Pracowaliśmy z turystami z różnych krajów, mając okazje do obserwacji i rozmów. Mogliśmy dowiedzieć się jakie są ich wrażenia. Dla większości była to pierwsza styczność z lasem tropikalnym.

 


Początkowo wiele osób jest przerażonych, gdy idą na pierwszy spacer po dżungli. W ich głowach również krążą opowieści o tych wszystkich agresywnych zwierzętach, więc stąpają po leśnym runie bardzo ostrożnie, z przygotowanymi do „wystrzału” aparatami, ubrani jak poradniki nakazują. Po kilkugodzinnym spacerze, turyści zaczynają się irytować, że jedyne co zobaczyli to dwa motylki, usłyszeli jakiegoś ptaka, widzieli cień małpy skaczącej z drzewa na drzewo. Wtedy przestają się już ich bać, chcą je zobaczyć! Później w kwestionariuszu napiszą, że wszystko było ok, ale przydałoby się więcej zwierząt w tej dżungli! Ptasznik chociaż jakiś, żeby było o czym opowiadać! Przewodnicy nauczeni doświadczeniem, tłumaczą oczywistości – to nie jest zoo! Zwierzęta nie będą nam wychodziły na spotkanie, same się nas boją i przed nami uciekają. Oczywiście zdarzają się rzadkie wypadki, które nagłaśnia się na wielką skalę, jak to jaguar rzucił się na człowieka. Jeśli jednak chcemy zobaczyć zwierzęta, musimy być cierpliwi, zachowywać się cicho, wytężyć wzrok, wstawać bardzo wcześnie lub wychodzić w nocy i mieć przy sobie przewodnika. Bo on zazwyczaj zauważy to, czego my nie widzimy.

Pamiętam, że gdy na początku chodziliśmy po dżungli sami, to nie widzieliśmy za wiele zwierząt. Nie dlatego że ich nie było, tylko dlatego, że sprawnie się chowały, a nasz niewprawiony wzrok po prostu ich nie zauważał. Wystarczyło przejść się tą samą ścieżką z przewodnikiem, by zobaczyć je niemalże wszędzie. Zakamuflowane, wyglądające jak liście, jak pień drzewa, wtapiające się w przyrodę, chowające za krzakami.

Po pewnym czasie i my sami, zaczęliśmy część z nich zauważać, nasz wzrok się przyzwyczaił, a my staliśmy się bardziej uważni i skoncentrowani.

 


Jednak to nie jaguary i małpy wzbudzają najwięcej emocji…

Węże, pająki, owady – to o nich mówi się najwięcej. Są też ropuchy, myszy, nietoperze wampiry, do wyboru do koloru. Wszystkie stworzenia świata, które są przyczynami ludzkich fobii.
Według wielu lokalnych mieszkańców, to właśnie węże są najniebezpieczniejszymi zwierzętami, jakie możemy spotkać na swojej drodze. Są największym zagrożeniem, gdy w nocy zbłądzimy w lesie, to ich trzeba unikać i przed nimi się chronić. Przestrzegano nas, że lubią chować się w różnych zakamarkach, np wpełzając pod namiot, dlatego zawsze warto nim potrząsnąć przed pójściem spać. Namiotem, nie wężem ;) Jednak podczas pierwszych wyjazdów, głównie istniały w naszych wyobrażeniach, spowodowanych zasłyszanymi historiami. Tak naprawdę naoglądaliśmy się ich dopiero podczas pobytu z naukowcami m.in. ogromnego dwumetrowego węża boa (który został opisany przymiotnikiem „mały) czy mieniące się jaskrawymi kolorami, jadowite węże koralowe (tak jak ten na zdjęciu poniżej).

*Wąż boa w torbie, świeżo po złapaniu przez lokalnych przewodników i dostarczony do naukowców.



Pająki.

Są, ale ich nie widać, to cecha wspólna wszystkich amazońskich zwierząt. I dzięki temu chyba jeszcze jeżdżę do dżungli, oszukując się, że nie przebywają tam gdzie obecnie znajduję się ja ;)
Kiedyś usłyszałam w jakimś filmie o Australii poradę, by zawsze sprawdzać buty przed ich włożeniem. Kadry z filmu, w których z buta wolno wyciąga swoje odnóża czarny stwór, tak mocno zakorzeniły się w moim umyśle, że nie zapomniałam o tej cennej poradzie w Amazonii.

Nooo dobra, czasami zdarzyło się, że pamięć na chwilę się wyłączyła, lub buty zakładałam w pośpiechu. I podczas któregoś z tych razów moja noga wsunęła się do buta z pająkiem w środku. Najdziwniejsze było jednak to, że zupełnie o tym nie wiedziałam. Chodziłam po obozie nie zdając sobie z tego sprawy, a gdy je ściągnęłam, z jednego z nich wylazł pająk. Przeżył chyba tylko dlatego, że usadowił się w jakimś wygodniejszym miejscu w górnej części buta. Inna sytuacja, gdy ptasznik wszedł pomiędzy tropik, a siatkę z którego wykonane jest wnętrze naszego namiotu. Przebierałam się w środku i nagle zauważyłam go nad głową. Siateczka nas oddzielająca była tak cienka, że miałam wrażenie że pająk jest w środku i to tuż nade mną! I chociaż byłam przecież bezpieczna, to… no cóż… na pewno część z Was mnie zrozumie ;)



Nie spodziewałabym się jednak, że strach przed pająkami, ustąpi strachowi przed … płaszczkami. Ich ogony zakończone są wielkim kolcem z jadem, który nie zabija, ale może sparaliżować, a ból jest potworny. Daleko od miasta i lekarza to już w ogóle katastrofa.

Czają się w rzekach, zagrzebane pod piachem, przybierając kolor dna. Wystarczy przejść obok niej, lub niechcący ją nadepnąć, by rozpoczęła swój atak. Podczas naszych trekkingów, rzeki przekraczamy zazwyczaj się bardzo często, między innymi dlatego kalosze są wyżej cenione przez wielu lokalnych mieszkańców niż najlepsze hybrydy stworzone do przechodzenia przez wodę. Na początku próbowałam od siebie odsunąć myśl, że te płaszczki tam są, nie rozmyślać o nich. Nigdy nie zapomnę jak przechodziliśmy raz z Diego (lokalnym przewodnikiem) przez rzekę i nagle on rzucił maczetą w wodę, po czym wyciągnął ją z nabitą płaszczką. Jego reakcja była błyskawiczna. Później wyciągnął jej wątrobę i upiekł w ognisku, bo ponoć jest dobra na przeziębienie ;). Gdy szłam się kąpać, to za radą Diego najpierw rzucałam kamieniami w wodę, by odstraszyć potencjalnie czekające na mnie płaszczki.


Żądło płaszczki
Żądło płaszczki

Nietoperze-wampiry.

Wampiry głównie żywią się krwią zwierząt, ale i ludzką nie pogardzą. Kiedyś regularnie napadały na leśne wioski, w których domy pozbawione były ochrony typu moskitiery w oknach, a to dawało im pełen dostęp do świeżej krwi. Co ciekawe, ludzie zaatakowani przez nietoperze zazwyczaj zupełnie o tym nie wiedzieli i budzili się jak gdyby nigdy nic, a jedyną pamiątką po tym zdarzeniu była świeża rana. Dzieje się tak dlatego, że w ślinie mają substancje znieczulające i zapobiegające krzepnięciu krwi. Kiedyś myślałam, że historie o nietoperzach-wampirach to bajki, do czasu kiedy mogliśmy wypytać o nie boliwijskich chiropterologów, a także lokalnych mieszkańców którzy wielokrotnie doświadczyli tego na własnej skórze. Wampiry latają, ale też biegają, skaczą i skradają się. Tak jak na jednym nagraniu z ukrytej przez naukowców kamery, która zarejestrowała ciekawy obrazek. Na filmie przez kilka sekund widać przechodzącego, pulchnego tapira. Gdy znika za kadrem, natychmiast pojawia się mały, wyprostowany na dwóch łapach, skradający się za nim nietoperz (nietoperze te często nazywa się atletami, bo przypominają prężącego się mężczyznę z szerokimi barami). Możemy już jedynie uruchomić wyobraźnie widząc jak wskakuje na biednego tapira i przegryza mu skórę, by napoić się smaczną krwią ofiary. Znam ludzi, którzy tak bardzo się ich boją (a może chorób, które roznoszą np wścieklizny), że nawet śpiąc w hotelu w miasteczku na skraju dżungli, nigdy nie zostawią otwartego okna w nocy i wożą ze sobą moskitierę na wszelki wypadek, gdyby w hotelu jej nie było.


Fot. Mileniusz Spanowicz
c Fot. Mileniusz Spanowicz

Mrówki.

„W pewnym filmie przyrodniczym usłyszałam (…) że na jednym drzewie w Amazonii można spotkać więcej gatunków mrówek niż w całej Wielkiej Brytanii. Nie znam Wielkiej Brytanii, ale znam niejedno drzewo w Amazonii. Na samo wspomnienie czuję wszystkie bolesne ugryzienia, których miałam okazję doświadczyć” – napisałam w jednym z artykułów w Poznaj Świat.

Naprawdę odnosiłam wrażenie, że nie ma nawet małej przestrzeni, w której można by od nich odpocząć. Nawet na drzewie nie było spokojniej, tam ich również były tysiące. Dzięki połączeniu boleśnie gryzących mrówek i mnie na drzewie, powstał nowy czasownik w języku hiszpańskim „curvear”. Pozostawię Wam odszyfrowanie co to może oznaczać ;). Nigdy nie wiadomo, z jakim charakterem spotykamy się tym razem. Czasami te malutkie były gorsze, gryzły boleśnie i były agresywniejsze od tych dużych. No ale nie oszukujmy się, jednak rozmiar ma znaczenie… Te najgorsze, otoczone złą sławą liczą sobie około 2 centymetry i lokalnie nazywa się je „buna”.  Gdy ugryzie, ból można porównać do tego po postrzale, stąd jej ksywa „mrówka pocisk” i trwa ponad dobę, stąd druga ksywa „mrówka 24-godzinna”. Na szczęście, dzięki temu że jest duża, też jest dobrze widoczna. Jak tylko ją zobaczycie, to nie wchodźcie jej w drogę. Serio.

 



Mrówki liściarki.

To był rytuał. Taki o którym się nie zapomina, nawet kiedy pada się ze zmęczenia i marzy się o śnie. Zanim rozbiliśmy namiot, zawsze dokładnie musieliśmy obejść teren w poszukiwaniu mrowisk i/lub ścieżek liściarek.  Te mrówki potrafią ściąć wszystko co spotkają na swojej drodze, dlatego ich trasy są dobrze widoczne. Pocięte trawy i liście to ich sprawka, jeśli jednak natrafią na nasz namiot lub ubrania to ich sobie nie podarują. Mają niesamowicie silne szczypce. Co ciekawe te większe osobniki, niosą na swoich plecach kawałki liści lub materiałów, a na tym małym kawałku można zobaczyć biegającą małą liściarkę, która oczyszcza zdobycz z grzybów i zanieczyszczeń.Oprócz tego że tną, to wkradają się do snów. Niszczą nasze namioty, tak że budzimy się w środku nocy pod gołym niebem. Na wszelki wypadek więc zdarzało się nam wstawać w nocy, by zrobić rundkę z latarką dookoła namiotu ;)



Mrówki z Palo del diablo.

Palo del diablo można przetłumaczyć jako „diabelskie drzewo”, choć spotkaliśmy się z różnymi nazwami, nawet tak absurdalnymi jak „święte drzewo”. Jak można nazwać tak siedlisko bólu i łez? To niewielkich rozmiarów drzewo, puste w środku, które przygarnia czerwone małe mrówki, stając się ich domem. One w zamian chronią swojego gospodarza, atakując każdego kto się do niego zbliży. Czyszczą też teren dookoła z wszelkich chwastów i boleśnie pogryzą tego, kto tylko się zbliży. Gdy widzimy palo de diablo, omijamy je szerokim łukiem, bo wystarczy znaleźć się w jego zasięgu, a co gorsza, oprzeć się lub przytrzymać go. Wtedy te malutkie czerwone diabełki, niczym elektrowstrząsy przeskakują na nas w ułamku sekundy, wprawiając nasze ciało w dziwny taniec z dzikimi okrzykami i ściąganiem ciuchów włącznie ;)


pax_4038


Pszczoły.

O osach nie będę się rozpisywać, bo się ich po prostu nie nienawidzi – wiadomo. Najbardziej dały nam w kość podczas wspinaczki na drzewa, gdy z ziemi nie widzieliśmy gniazda.

Pszczoły, pszczółeczki, pszczela mać. Doprowadzały nas do szału. Najgorsze były te malutkie, wyglądające jak meszki, zwane przez lokalnych przeróżnie m.in. „senoritas” (panienki). Deficytowej soli szukały na nas, między innymi wchodząc nam do oczu czy nosa. Dodam, że to całe chmary łaskoczących nas słodkich pszczółek, szczególnie przyjemne gdy podczas wspinaczki ręce były zbyt zajęte, by je odganiać.



Marihui

To ogólna i lokalna nazwa latających owadów, które zachowują się jak komary. Chociaż w naszym odczuciu są dużo gorsze, bo jeszcze nigdy nie mieliśmy tak pogryzionych dłoni, twarzy, a nawet uszu. Gdy one są w pobliżu, to wtedy jest też czas kiedy warto ubrać szczelną zbroję.  Cała nazwa marihui zawiera niezliczoną ilość gatunków tych owadów. Są różnej wielkości i różnego koloru. Im większe tym gorsze.

Budziły nas rano, niczym krople deszczu uderzając o namiot. Czekały na świeżą krew! ;)


Japutamos.

To najmniejsze zwierzątka o których piszę w tym poście. Tak małe, że gdy weźmiesz je na rękę to będą wyglądały jak mikroskopijne czerwone kropeczki. Te kropeczki to pasożyty, podobne do naszego świerzbu. Żyją sobie na trawach czekając aż ktoś przysiądzie, by mogły wpełznąć na ofiarę i się rozmnażać. Najlepszym sposobem, by ich nie załapać to nigdy nie siadać bezpośrednio na trawie, a po powrocie do obozu zdejmować wszystkie ciuchy, wskakiwać do rzeki, porządnie się wyszorować i wyprać swoje ciuchy. Jeśli się tego nie zrobi, to ma się lekko mówiąc przerąbane, bo ciężko się ich wtedy pozbyć. Niestety piszę to z naszego doświadczenia. Pranie, smarowanie się specjalnymi kremami i alkoholem, i pranie bez końca. Tylko że to już nie jest takie proste, bo musielibyśmy wyprać również śpiwory i namiot… Dlatego to trochę zamknięte koło. Co robią japutamos? Gryzą, a w powstałą ranę wstrzykują enzym, który rozkłada komórki skóry. Wysysają to, a nam zostawiają na pamiątkę swędzące bąble. Drapiąc się roznosisz je na inne partie ciała, na długo zostają po tym blizny.


 

Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Trombiculidae#/media/File:Trombicula-mite-adult.JPG
Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Trombiculidae#/media/File:Trombicula-mite-adult.JPG

No dobra, dość już tego złego! Miałam odczarować dżunglę z jej straszności, a z każdym akapitem mam wrażenie że potwierdzam jak tam jest przerażająco. No cóż, faktycznie momentami jest. Tak samo jakbyśmy opowiadali o tym jak latem wkurzają nas komary komuś, kto nigdy ich nie widział. Też by był przerażony słuchając o krwiożerczych latających potworach, po których ciało swędzi. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, a owady są niezwykle interesującą częścią każdej naszej wyprawy. Są również niebezpieczne, roznoszą choroby, boleśnie gryzą. Ale obydwojgu nam się wydaje, że historie o dżungli są mocno rozdmuchane, co może być jeszcze niebezpieczniejsze. A to dlatego, że gdy ktoś pojedzie tam po raz pierwszy i zobaczy że nie jest tak strasznie, może stracić czujność, rozluźnić się za bardzo, a nie zapominajmy że to jest las amazoński, gdzie jeśli przestaniemy się przejmować to może skończyć się to bardzo źle. Jednak nie dajmy się zwariować! Jak zobaczę domowego pająka to pisnę, a mimo wszystko w dżungli, jakoś sobie z tymi wszystkimi stworkami radzę. O dokładnie tak jak na tym filmie poniżej ;)


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *