Farma w amazońskiej dżungli

Zabieram aparat w teczkę i płyniemy na wycieczkę. Na farmę i to nie byle jaką, bo farmę w amazońskiej dżungli!
Czy zamiast krów hoduje się tam jaguary? Czy zamiast świń w błotku taplać się będą kapibary?

Płyniemy w ciemności. Pływanie nocą, robi swoje w głowie. Bo te gwiazdy, ten księżyc, i to wszystko odbija się w brunatnej rzece Beni. No bajka! Czuję się jak w filmie, brakuje tylko  muzyki z Wikingów w tle. Czasami Alfredo poświeci latarką, by dać znaki świetlne temu z tyłu co steruje. Że tam mielizna, to lepiej na prawo. A tam konar, to płyńmy na lewo.
Kiedyś, by dotrzeć na farmę musielibyśmy wiosłować przez cały dzień. Teraz kiedy ich łódki mają silniki, możemy siedzieć mniej lub bardziej wygodnie i po prostu się zachwycać, i wzruszać, że tak kurde tu pięknie.

– Hihihihi, świnie rozwaliły mi kuchnie – chichra się Benita, gdy po godzinie dopływamy na miejsce. Jakie to urocze! Gospodyni którą śmieszy to, że garnki porozrzucane na wszystkie strony, że dach rozpieprzony. Bo ta kuchnia, to taka bardzo prosta jest. Ot po prostu palenisko, okopcone garnki, kilka pali i na nich luźno położone blachy, będące dachem. No i wiemy już że są świnie, są też krowy zamiast jaguarów. Ale dla mnie, osoby która nigdy nie miała rodziny na wsi i na babcine obiadki jechała do centrum miasta, świnie są równie egzotyczne co kapibary. Serio!

Jest też dom, drewniany. Z dachem z liści jataty (czyt. hataty). Dom jest całkiem duży, ale ma tylko jeden wspólny pokój. Jesteśmy my, wolontariusz z Belgii, Victoriano, który na farmie pracuje, no i gospodarze. Jedyną formą prywatności jest moskitiera nad każdym łóżkiem.
I nie, wcale nie chodzi o to, że oni są tak biedni, że nie mogą poprzedzielać tego domu. Oni po prostu mają zupełnie inne poczucie prywatności. Nie potrzebują się odgradzać. W tym samym domu mieszkali wraz ze swoją dwunastką dzieciaków (wyobrażacie sobie chodzić 9 lat w ciąży????). I owszem i nam do głowy przyszły myśli: no ale jak oni te dzieci robili, skoro wszyscy w jednym pomieszczeniu? No cóż, może nie wszystkie szczegóły warto poznawać ;)

***

Wstaję skoro świt, a gospodarze już na nogach. Porządkują podwórko, naprawiają rozwaloną kuchnię. A ja idę zapoznać się z farmą i ją po-fotografować. Benita gotuje napar z suszonych liści awokado. Ponoć dobry na nerki, ale w smaku też pyszny. Uwielbiam wszelkiego rodzaju napoje z liści i ziół, więc dla mnie cud, miód i orzeszki ;). Do tego grilowane platany (tzw. warzywne banany) i jajecznica. Wszystko z własnego podwórka. Dookoła nas biegają zwierzęta, bo oprócz krów i konia, to reszta zwierząt biega po podwórku luzem.

W gospodarzach płynie rdzenna krew Tacana, są „idigenas”, czyli autochtonami. I chociaż język „tacana” istniał, to się stracił. Teraz to już tylko najstarsi tacana jeszcze coś może powiedzą w tym języku.

– Moi rodzice mówili kiepsko po hiszpańsku, ale robili wszystko, by NIE nauczyć nas swojego ojczystego języka. W tamtych czasach, była silna dyskryminacja i moim rodzicom wydawało się, że tak będzie dla nas lepiej. Ale teraz się zmieniło, teraz każdy chce być „indigena”, w szkołach wprowadzono język tacana, by całkiem nie zaniknął. – opowiadał nam Alfredo.

Jemy i pijemy. Jak farma to i wszystko świeże, z drzewa lub krzaka. No dobra, może poza ryżem, bułkami, mięsem czy olejem.

No ale są mandarynki, pomarańcze i pomelo. Jest ich tak dużo, że nie wytrzymują już i spadają co chwila, więc to trochę taka adrenalina przejść się z hamaka do latryny.
Benita też, choć już przyzwyczajona, co chwilę się wzdryga gdy kolejne pomelo uderza w blaszany dach jej kuchni. A potem znów się chichra.

Czupamy więc mandarynki, pomarańcze i pomelo  (tu tych owoców się nie je, nie pije, tylko się czupa ;)).

Alfredo jest wysokim, postawnym mężczyzną w wieku 60 lat, ale przyjaciele mówią na niego Pipi, co strasznie mnie śmieszy. Czasami na zdjęciach wygląda tak groźnie, że bałam się że jak je zamieszczę, to już żaden wolontariusz nie przyjedzie. No ale wystarczy, że sobie przypomni, że to Pipi i wtedy od razu zyskuje na sympatyczności, co nie? ;)

No więc Pipi zabiera nas na swoje poletko trzciny cukrowej. Zamiast do miksera albo sokowirówki, łodygi włożyliśmy do drewnianego urządzenia, który się nazywa ‚El Trapiche”.
No dobra: Pipi wkładał, Benita wyciągała, Krzysiek i Bas-wolontariusz pchali, a maszyna wypluwała: 100% naturalny sok z trzciny cukrowej.
Zamiast w szklankach pijemy go ze skorupy owocu – tutuma, skrapiamy limonką (oczywiście z „limonkowego” drzewa z ogrodu!). No to salud!

Co jeszcze znajdziemy na farmie? Jest krzak kawowy, część ziaren już suszyła się na słońcu. Był maniok, ale świnie zeżarły. Jest kukurydza, są banany i platany, a także dojrzewające ananasy, które co jakiś czas dziubały kolibry (a może czupały?). Jest też kakao. Kiedyś nawet braliśmy udział w produkcji czekolady! Uwaga to nie była fabryka Willego Wonki!
Siedzieliśmy w kółeczku, rozcinaliśmy owoce kakao i wysysaliśmy przepyszną pulpę, o smaku „nieporównywalnym”, która otacza ziarna kakao. A potem… hmm no cóż, wypluwaliśmy kakao na fermentującą sobie górkę. Dalej już nie wiemy co stało się z naszymi wylizanymi ziarnami, ale z tego co wiem, to dalej powinny być ususzone, uprażone, zmielone i … bam! Smacznego ;)

Kawa się suszy
Kakako

Urzekła mnie ta wizyta. Jarałam się świniami i garbatymi krowami, zjadłam tyle cytrusów że mam zapas witaminy C na długo. Wyczekiwałam aż kogut, którego nazwaliśmy palikotem, dziobnie w dupę śpiącego na hamaku Krzyśka (nie dziobnął :( ),  śmiałam się z innego koguta który pomylił kaczkę z kurą (będą z tego jajka?), i z psa który bawił się z prosiakiem w ganianego. Jak dziecko, jak dziecko!

Krzyśkowi się też podobało, bo swojsko i jak u babci na wsi. Ale świniami się nie jarał!

– Kochanie, ale ja znam trochę świń.
– Małpy też znasz.
– Ale nie tak dobrze jak świnie.

Hmm.

Co z kolei mówią przyjeżdżający wolontariusze/goście? Że chcą doświadczyć życia z autochtonami, którzy wychowali się w amazońskim lesie. Którzy mają swoje tradycje i wierzenia inne niż nasze, ogromną wiedzę o dżungli, co można w niej zjeść, na co trzeba uważać. Chcą popróbować smakołyków z lasu, pouczyć się hiszpańskiego, zaprzyjaźnić z lokalnymi mieszkańcami, poznać amazoński las „od kuchni”. Spacerować z Alfredo w poszukiwaniu dzikich zwierząt, zachwycać się mglistymi wschodami podczas łowienia ryb.

 

A TERAZ COŚ DLA WAS :)

Bo tym razem, sami możecie udać się na amazońską farmę do Alfredo i Benity. Oczywiście jeśli tylko będziecie w Boliwii ;) Nie ma znaczenia czy znacie świnie lepiej od małp, czy macie dziadków na wsi czy też jesteście mieszczuchami, wydaje mi się że każdemu się tam spodoba (ach te widoki i plaża zaraz przy chacie!).
My popłynęliśmy tam, by pomóc co nieco gospodarzom, na prośbę ich syna. Ten martwi się, ile jeszcze jego rodzice będą mieli siły, by pracować na farmie. No więc Benita i Pipi od czasu do czasu przyjmują do siebie gości z innych krajów, którzy za drobną opłatą mieszkają z nimi i z tym cały zwierzyńcem, jedzą mandarynki prosto z drzewa, platany z grilla, piją świeży sok z trzciny cukrowej, pływają peque-pueque po amazońskich rzekach. To cudowni, ciepli, przesympatyczni ludzie, więc polecamy! Niektórym gościom z Europy tak się podobało, że zostawali nawet na pół roku!
No więc ja zrobiłam zdjęcia, Krzysiek pracuje nad stroną internetową, a Wy możecie informacje podawać dalej i udostępniać :)

A jeśli sami chcielibyście pojechać, a strona jeszcze nie powstanie, to po prostu piszcie do nas! Skontaktujemy z kim trzeba.

* Używam nazwy „farma”, bo nie znalazłam lepszego określenia. Ale jak widzicie to po prostu dom, trochę zwierząt, owoców i warzyw.

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *