La Paz to okropne miasto. Szkoda na nie czasu.

La Paz to okropne miasto, szkoda na nie czasu. Nie warto i już. Powiedział ktoś, „ekspert”, na jednym ze znanych portali. Ale już się nie wysilił, by napisać dlaczego. Architektura nieciekawa? Wysokość daje w kość? Pani w sklepie niemiła?
Żadnych argumentów. Często to emocje kierują naszym „lubieniem” lub „nielubieniem” jakiegoś miejsca. Ludzie, klimat, nastrój – to wszystko wypływa na to, jak coś postrzegamy. Jeśli ktoś przyjechał do La Paz na chwilę, boli go głowa od wysokości, w dodatku ma rozstrój żołądka, okradli go w taksówce, to może to miasto znienawidzić. I napisze wtedy, że w ogóle nie ma sensu tu przyjeżdżać.

 La Paz jest jednym z najciekawszych i najpiękniejszych miast jakie widziałam w życiu. Powiedziałam ja. Bo przeżyliśmy w nim wiele pięknych chwil, nawiązaliśmy przyjaźnie, bo spędziliśmy tu sporo czasu. I jest to opinia zupełnie subiektywna, zbudowana na emocjach i doświadczeniach. Mieszkaliśmy tu przez ponad miesiąc.
Uczyliśmy się hiszpańskiego, przeprowadzaliśmy wywiady potrzebne do reportaży, fotografowałam na potęgę, uczęszczaliśmy na konferencje prasowe, zaczytywaliśmy się w lokalnych gazetach i książkach, rozmawialiśmy, piliśmy, jedliśmy, spacerowaliśmy, gotowaliśmy. A czasami po prostu leniuchowaliśmy w naszym niebieskim domu. Uwielbiam to miasto.

Uwielbiam je za …

* ludzi, których tam poznaliśmy.

Banalne, a jednak. Stałe i niezmienne.

Uśmiechnięta twarz pana Frediego, rozpoczynała i kończyła nasz dzień poza domem. Nigdy nie zdarzyło się przejść obok jego sklepiku bez przywitania się. To przecież tak niewiele, zwykłe „dzień dobry, jak się masz, miłego dnia”, a dzień od razu przyjemniejszy. Zaraz masz ochotę uśmiechnąć się do kierowcy, do pani sprzedającej warzywa, do przechodnia na ulicy.

W domu, w którym wynajmowaliśmy pokój, miejscem spotkań była kuchnia. Ulubione miejsce pracy Lorena (Francuza, który wychował się w Paragwaju, a od lat mieszka i pracuje w Boliwii). Dzień byłby niepełny, gdyby rano nie podzielił się z nami nowinkami ze świata. To z nim przegadaliśmy najwięcej godzin. Swego czasu mieszkała z nami jego przyjaciółka z dzieciństwa, Paragwajka Lilii i jej córka Melisa, która już urodziła się w Argentynie. Czas rozmów przy kuchennym stole się wydłużył. Mieszkał z nami także Jaime, Boliwijczyk z korzeniami Aymara. Na śniadanie zawsze pałaszuje ogromny kawał arbuza i uwielbia muzykę operową, ale zazwyczaj pracuje długo, więc przy kuchennym stole spotykaliśmy się późnymi wieczorami. Na urodziny upiekłam mu ciasto marchewkowe, po raz pierwszy na takiej wysokości (i wyszło! ale piekło się dwa razy dłużej;))
Z Zulmą, naszą nauczycielką hiszpańskiego, nadawaliśmy na podobnych falach, dzięki temu lekcje były jak świetne towarzyskie spotkania.
Sharben, Ignes, Alberto i ich rodziny, z którymi spędziliśmy wiele godzin przy wspólne posiłki, gotowaniu, podczas weekendów za miastem, czy wieczorami przy winie.
Jest też Josefa, Cholita, przyjaciółka właścicieli domu. Sprząta i zarządza. Zawsze uśmiechnięta, zabawna, zaśmiewaliśmy się z nią do łez.
No i Polacy. I choć nie są częścią tego miasta, to zawsze będą nam się z nim kojarzyć, bo to tam ich poznaliśmy. Ten polski wieczór przy boliwijskim winie będziemy już zawsze miło wspominać. Sylwia i Bogdan z „Zwinnie przez świat”.  Magda i Ola z „Migawki z podróży”, a kilka lat temu także Huber z Łukasz z Opola, Ania i Bartek z „WayAway”. 
 

* Za Teleférico i El Alto

Ulice z szamanami, widoki na La Paz i okoliczne szczyty – El Alto jest dla mnie fotograficznym rajem. Leży na wysokości ponad
4 tys. m.n.p.m. i można do niego dotrzeć którąś z dwóch linii kolejki linowej (teleferico), a kolejną, nowo otwartą, można przejechać nad miastem. Jest jeszcze jedna linia, która prowadzi przez La Paz nad domami bogaczy. Niektórzy śmieją się, że tamci wybudowali sobie domy, wielkie baseny, ogromne ogrodzenia, by nikt do nich nie zaglądał, a potem wybudowano kolejkę linową. I teraz każdy może zerkać do nich z góry. Kolejne linie są w trakcie budowy i w ciągu kilku lat ma powstać cała sieć spajająca aglomerację.
 
 

* Za widok z naszego tarasu.

I z okien w pokoju, w kuchni, w salonie, a nawet w kiblu. Nie było dnia, bym nie zachwycała się milionem świateł na wzgórzach, chmurami przelewającymi się przez wieżowce. Bym nie zerknęła chociaż jak dziś wygląda niebo i jak oświetlone jest miasto. Żebym chociaż raz dziennie nie powiedziała do Krzyśka „kurde, ale piękne jest to miasto!”

* Za góry i pustynne krajobrazy.

Nie trzeba nawet wyjeżdżać z miasta, by być w górach i móc je podziwiać.Dolina księżycowa, czyli Valle de la Luna, jest położona w samym mieście. A gdy tylko chce się trochę od niego odpocząć wystarczy pojechać miejskim autobusem do wioski za miastem, a potem wdrapać się na diabelski ząb czyli Muela del Diablo. Tras trekkingowych, które nie są opisane w przewodnikach jest całkiem sporo, bo wiele wiosek położonych jest wysoko i zawsze jest jakaś ścieżka przez by do niej dotrzeć.

 

* Za jedzenie.

Za figi, granadille, platany, karambole, tumbo, papaje, pakay, avocado, racachę, maniok. Dzięki temu, że mieliśmy kuchnię, mogliśmy gotować sobie te pyszności na potęgę. Robiliśmy marmolady np. figową z sokiem z karamboli, z opuncji figowej i tumbo, lub z platanów z chia. Czipsy z manioku, z platanów, a nawet ostatnio eksperymentalnie z racachy (nie wiemy czy to warzywo istnieje w Polsce. Początkowo myśleliśmy, że jest to pasternak. Nazywana czasami białą marchewką). Tak samo po raz pierwszy w Ameryce Południowej spróbowaliśmy acelgę czyli buraka liściowego. Krzysiek przyrządzał sobie domową llajuę, czyli typowy boliwijski pikantny sos z papryki locoto, pomidorów, cebuli i zioła o nazwie Quirquiña (zwana boliwijską kolendrą).

* Fotograficznie.

Zachwyca mnie fotograficznie. Nie było dnia, bym nie zrobiła jakichś zdjęć. I wciąż nie mam dosyć.

* Za cmentarz

Pisałam już o nim we wpisie o OSOBLIWYM CMENTARZU

* Za szkołę hiszpańskiego.

Hiszpańskiego nauczyliśmy się podróżując. Dopiero niedługo przez obecnym wyjazdem do Ameryki Południowej, rozpoczęłam w Polsce naukę przez skype. Ale teraz po raz pierwszy poszliśmy do szkoły i to obydwoje. Wybraliśmy lekcję indywidualne i codziennie. Ubolewaliśmy, że nie mamy zajęć także w weekendy, żal nam było nawet robić przerwy, bo chłonęliśmy wszystko co nam nasza nauczycielka mówiła i mieliśmy niesamowicie dużo pytań, na bieżąco mogliśmy rozwiewać nasze wątpliwości.

* Za protesty

Mówi się, że w La Paz nie ma pokoju, że protesty są częścią i krajobrazem tego miasta. Wcale nie lubię tego, że ludzie muszą walczyć, ale podziwiam ich za to jak to robią, jak wielką determinację w tym mają (chociaż i nasi rodacy ostatnio dają czadu z protestami). Przykładem takiej determinacji są niepełnosprawni, którzy przyszli/przyjechali na wózkach aż z Cochabamby. Część z nich już w La Paz została. Mieszkają pod namiotami na głównym, ruchliwym placu i wciąż walczą. Od ponad roku!  Proszą rząd, by zamiast tysiąca bolivianów rocznie (to jest około 600 złotych) dostawać 500 bolivianów miesięcznie (około 300 złotych).

* Za czary

„Targowisko czarownic” to nie tylko atrakcja dla turystów. Tam mieszkańcy (i przede wszystkim oni) kupują płody i tłuszcz lam do swoich czarodziejskich/zdrowotnych rytuałów. Takich czarodziejskich targów, dzielnic z szamanami i wróżbitami jest dużo więcej, choć nie są nazwane i wpisane do przewodników.  Na głównym placu i to przed kościołem, można skorzystać z usług wróżbitów, którzy wyczytają w kartach lub liściach koki naszą przyszłość, w ogniu palą się przedmioty mające przynieść szczęście. Niektóre rytuały trochę mnie przerażają, wiele z nich nie rozumiem, ale nieustannie mnie fascynują.

* Za ceglane domy

Mam dylemat. Z jednego strony ceglane domy są dla mnie symbolem La Paz, lubię na nie patrzeć, lubię je fotografować. Ale czy podobały by mi się, gdyby to miasto nie było tylko przystankiem, tylko gdybym ty mieszkała na stałe? Tego nie wiem.

* Za Cholity,

za kobiety w kolorowych spódnicach i w kapeluszach, za kobiety Aymara i Quechua, za kobiety które sprzedają owoce i warzywa i wołają do nas „mamita, caserita/papito caserito”. Mamita/papito to mamusiu/tatusiu, z kolei caserita/caserito ciężko jest przetłumaczyć na polski. Nazwa ta wzięła się od słowa „casa” – dom, więc można to przetłumaczyć jako „ktoś swojski, tutejszy, domowy”. Więc my też idąc na zakupy, mówimy: caserita, proszę nam dać dwie libry racachy (libra, to po prostu funt, powszechnie funkcjonująca w Boliwii miara wagi). I ona już nas zapewne nie oszuka, bo daliśmy hasło, że my chociaż biali, to wiemy o co chodzi.

– za sklepiki na każdym rogu
– za minibusy, które docierają wszędzie.
– za brak rozkładów jazdy
– za herbatki z liści koki
– za to że już za 5 -6 złotych można zjeść pełny obiad (przystawka, zupa, drugie danie, deser i napój!)
– za to że na ulicy można zjeść i dostać wszystko
– za świeżo wyciskane soki z pomarańczy i grejfruta

16 Comments

  1. Byłam w La Paz w sumie trzy dni, nie da się w tak krótkim czasie ogarnąć tego miasta. W pamięci teleferico, pikanterii, Valle de la luna, rynki z w zasadzie wszystkim na ulicy. Uderzyły różnice między tymi normalnymi i wychuchanymi miejscami, ruiny tuż obok pałaców no i niesamowity kontrast miejskiej, ciasnej zabudowy i majestatu gór w tle. Z mojej czysto turystycznej perspektywy było warto!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *