Wspinające się Cholity – Cholitas Escaladoras. Boliwia

KIM SĄ CHOLITY?
    
Cholami nazywa się kobiety zamężne, Cholitami – panny. Jednak zwyczajowo mówi się zdrobniale „Cholity” na wszystkie. To kobiety z rdzennych społeczności, głównie Ajmara, które na co dzień noszą tradycyjny, charakterystyczny strój: spódnicę zwaną pollerą (pod spodem kilka warstw „halek”), pantofelki, ozdobny koc/chustka.
Na głowach meloniki, które sprawiają wrażenie za małych. One jednak trzymają się mocno na długich warkoczach z doczepionymi frędzlami. Do tego biżuteria: broszki, kolczyki, ozdoby na zębach. A zamiast plecaka – chusta w andyjskie wzory zwana aguayo. Zazwyczaj używana w roli nosidełka dla dziecka.
    Pochodzą ze wsi (a przynajmniej większość). Gdy emigrowały do miast, doznawały ogromnej dyskryminacji ze strony „miastowych” – zazwyczaj Metysów i Kreoli.
Popychane, wyzywane od głupich wieśniaczek. Często nie potrafiły się bronić, bo nawet nie znały hiszpańskiego. Były wystraszone i nieśmiałe. Nie miały za wiele praw, nie mogły korzystać z komunikacji miejskiej, a nawet z toalet publicznych. Nie wspominając już o załatwianiu spraw urzędowych.
     Wiele z nich, zrezygnowało ze swoich tradycyjnych strojów, zmieniało nazwiska, by nie być szykanowanym na każdym kroku i zdobyć dobrą pracę. Tym, które tego nie zrobiły, pozostało zająć się m.in. handlem ulicznym. Do dziś sprzedawczynie na targowiskach, kucharki, sprzątaczki, gosposie – to głównie Cholity.
     Z roku na rok ich sytuacja zaczęła się poprawiać. Jednak  gwałtowne zmiany rozpoczęły się dopiero w 2005 r. , od kiedy rządzić zaczął pierwszy rdzenny prezydent kraju – Evo Morales.
     Na ulicach nie widać już nietolerancji wobec nich, są traktowane z szacunkiem, a nawet wzbudzają podziw. Boliwia się nimi chwali. 
Wiele z nich zajmuje wysokie stanowiska w parlamencie, są dziennikarkami, prawniczkami, prezenterkami, walczą na ringu. Jednak wciąż wzbudzają zdziwienie i czasami drwiny, gdy występują w niektórych rolach. Mówią, że wciąż zdarzają się akty dyskryminacji, choć teraz znają swoje prawa i potrafią walczyć.

Od lewej Cecilia, Senobia, Elena, Lidia – w El Alto

DZIKIE INDIANKI!

    Wszyscy wiemy, że nazwa „Indianie” powstała przez błąd ludobójcy Kolumba i od wieków była głównie obelgą. Indianin było używane zamiennie z głupkiem, wieśniakiem, brudasem.
     I choć nie każdy rdzenny mieszkaniec będzie przeciwny tej nazwie, ba, sam się nawet nazwie tak z dumą, to jest to temat na tyle skomplikowany i kontrowersyjny, że mimo wszystko, lepiej unikać tego nazewnictwa.
     Pomimo tego, że staram się jak mogę, by do mediów przemycać jak najbardziej poprawne formy, to i tak, nawet po autoryzacjach tekstów, gdzieś w spisie treści/tytule/opisie tekstu znajdą się „Indianki z plemienia”.
Ja się pod tym nie podpisuję i wkurza mnie to strasznie!

KIM SĄ CHOLITAS ESCALADORAS (z hiszp. Wspinające się Cholity) I JAK ZACZĘŁA SIĘ NASZA ZNAJOMOŚĆ?

Wszystko zaczęło się od tego filmiku, na który kiedyś natrafiliśmy z Krzyśkiem jeszcze w Polsce. (Polecam najpierw obejrzeć ;))

    Grupa kobiet, z których większość wiele lat pracowała jako kucharki lub tragarki w górach, któregoś dnia postanowiły wejść na szczyt. To mężczyźni (ich mężowie) wchodzili z turystami na szczyty, a one czekały z ciepłymi posiłkami w schroniskach. Obserwowały powracających z gór turystów: zmęczonych, ale szczęśliwych. Marzyły, by przekonać się na własnej skórze, jak to jest stanąć na szczycie. Prosiły mężów, by je zabrali, to jednak wciąż nie wychodziło. Przewodnicy mieli na głowach turystów, a tu jeszcze niedoświadczone żony ze sobą zabierać? Poza tym nie było sprzętu, pogoda nie taka, potrzeba było kucharki – i tak zawsze coś. Aż któregoś dnia wszystkie światła zapaliły się na zielono. Propozycja padła od Lidii, którą widzicie na filmie w głównej roli. Nie było czasu na czekanie, rozmyślanie, planowanie – kobiety miały jedną noc na podjęcie decyzji.
     Zdecydowało się ich 11, w wieku pomiędzy 20 a 50 lat. Nie obyło się bez szyderstw ze strony mężczyzn, że powinny przy garach siedzieć, a nie po górach biegać. Jednak nie róbmy też z nich takich potworów – wielu z nich je wspierało i do dziś im pomagają.
Nie zamieniły swych spódnic na spodnie, pomimo nalegań mężczyzn, że tak bezpieczniej. Nie rozplotły warkoczy, ale meloniki zamieniły na kaski, a pantofelki na plastikowe buty pod raki. Pod spódnice założyły uprzęże.
   Tak zdobyły Huaynę Potosi, ich pierwszy 6-tysięcznik. To było w grudniu 2015 r. Miały wątpliwości i kryzysy po drodze, ale gdy dotarły na szczyt krzyczały z radości. To się miało skończyć, po tym jednym razie.
Gdy już jednak były bezpieczne w schronisku, poczuły, że one wcale nie chcą, żeby to był koniec!
I tak zaczęła się ich przygoda. Stworzyły grupę – Cholitas Escaladoras i zaczęły po kolei zdobywać 6-tysięczniki. Mają już na koncie 5 i wcale nie zamierzają przestać.

     W naszym podróżniczym świecie, wiele osób prześciga się w pomysłach, by było najciekawiej, najoryginalniej, najdziwniej. Cholity jednak nie zrobiły tego, by zadziwiać świat. Chciały tylko udowodnić sobie i mężczyznom, że ONE, jako Cholity, też mogą zdobywać szczyty. Mężczyźni na początku się wkurzali, bo przecież oni te szczyty zdobywają po kilkadziesiąt razy w roku, praktycznie na nie wbiegają. A tu Cholity raz weszły i media szaleją. Nie zrozumieli jednak jednej rzeczy: to nie chodzi o wyczyn, o wchodzenie nową ekstremalnie trudną drogą, na bosaka czy z zamkniętymi oczami. Chodzi o złamanie stereotypów, o motywowanie tysięcy kobiet w Boliwii i nie tylko, o to że tu kobieta 50-letnia jest wciąż widziana jak u nas kilkadziesiąt lat temu – jako starsza pani, która powinna siedzieć w domu i zajmować się domem. Bo niektórzy się z nich śmieją, ale one mimo to nie poddają się i nie przestają marzyć – o najwyższym szczycie Boliwii, o najwyższym szczycie Ameryki Południowej, a nawet o Evereście!

     Gdy zobaczyłam ten sam filmik o nich po raz drugi, ale będąc już w Boliwii, zabrałam się za szukanie kontaktu do nich. Musiałam się uzbroić w cierpliwość w oczekiwaniu na odpowiedź, ale gdy przyszła, skakałam ze szczęścia. Umówiliśmy się na ciastko i kawę w El Alto, gdzie mieszkają. Spędziliśmy kilka godzin na rozmowach. To był wstęp do reportażu, jaki napisałam później do Polityki – polecam, znajdziecie tam jeszcze więcej ich osobistych historii. (jak nie macie prenumeraty, można wykupić dostęp na 2 tygodnie za złotówkę). Podczas tej rozmowy usłyszałam informację, że na weekend jadą robić kurs na przewodniczki górskie.
Oczy mi się zaświeciły! Nieśmiało zapytałam: – A nie chciałybyście zdjęć na pamiątkę?
I tak na weekend wyruszyliśmy z nimi do schroniska pod Huayna Potosi!

KURS NA PRZEWODNICZKI

     Jechaliśmy w góry, ale to ja przy nich czułam się nieodpowiednio ubrana: w butach trekingowych i spodniach. One jak damy, w tych swoich spódnicach i pantofelkach.
Na początku były dość zdystansowane. Już wielokrotnie jechały z nimi ekipy CiEnEneów, Bibibci i cholera wie jakie jeszcze Nju Jork Tajmsy. Były trochę uprzedzone, bo dziennikarze dużo obiecywali: że wyślą zdjęcia, materiały filmowe itd. a potem jak już mieli co chcieli, to nie wysyłali nic.
     Nie ukrywam – miałam stresa. Czy je przekonam do siebie? Czy będą chciały ze mną porozmawiać? Czy dadzą się sfotografować? Czy dam radę wędrować z nimi w góry, na wysokość na której jeszcze nigdy nie byłam i jeszcze przywożąc z tego dobre zdjęcia?
     Na szczęście szybko przełamaliśmy lody. Adrenalina fotograficzna zrobiła swoje – ja po tych górach biegałam jak szalona!
A one skakały przez szczeliny, wkręcały śruby lodowe, wykuwały stopnie w lodzie czekanami, uczyły się asekuracji.
Cholity zawsze zdobywały góry z przewodnikami. Podczas kursu uczyły się, by być bardziej samodzielnymi, a w przyszłości już samodzielnie występować w rolach przewodniczek.
     Wieczorem mój organizm przypomniał sobie, że po raz pierwszy przekroczył 5 tys. m n.p.m. Złapały mnie takie dreszcze i zmęczenie, że Cholity praktycznie mnie wepchnęły do łóżka i kazały odpocząć. Z rozmów tego dnia nici. Padłam, a one jeszcze do późnych godzin ćwiczyły wiązanie węzłów.
     Na szczęście był jeszcze jeden dzień, a jak się później okazały miało być ich jeszcze wiele, bo na pytanie: – Miałybyście ochotę powspinać się z nami na drzewa? Zareagowały nad wyraz entuzjastycznie :)

 

Jhanet i Rufina w schronisku przed wyjściem w góry

 

 

Cecilia, Jhanet i Dora (od lewej). Kompletowanie sprzętu przed rozpoczęciem kursu.

 

Senobia
Elena podczas wejścia na lodowiec.
Dora. Na plecach aguayo.
Wieczór w schronisku podczas nauki wiązania węzłów.
Podejście na lodowiec.
Adela przeskakuje przez szczelinę.
Cholitas Escaladoras, w tle Huayna Potosi. Na zdjęciu również Eulalio-mąż Lidii i Carlos-mąż Eleny.
Jhanet
Yanina, Ana Lia, Cecilia w drodze powrotnej z pierwszego dnia kursu.
Cecilia
Lidia
Jhanet

 

Cecilia

 


 

KURS WSPINACZKI DRZEWNEJ

      Drzewa w La Paz są takie, jakby ich nie było. Mają korony powkręcane w kable. Poprzycinane byle jak i byle gdzie, często ogłowione, lub już z powyrastanymi odrostami, z powbijanymi gwoździami, pomalowane, porysowane, podrapane, zamurowane, posikane.

No lipa!

     A nawet i lipy nie ma, bo są same eukaliptusy. W La Paz jest suche powietrze, tak suche, że zanim coś urośnie do oczekiwanych rozmiarów, to świat się skończy. Sadzą więc eukaliptusy, które nie mają dużych potrzeb i rosną bardzo szybko, nawet w trudnych warunkach. Nie tutejsze, wysysają wodę z ziemi, są słabe. Takie drzewo-gringo. Australijski imigrant. Ale to jedyne w czym mogliśmy wybierać, chcąc się wspinać w mieście.

     Wiele dni spędziliśmy na poszukiwaniach odpowiedniego drzewa. Szukaliśmy ich z góry, spoglądając z kolejek linowych, ale potem gdy odnajdywaliśmy to drzewo na ziemi, okazywało się że jest albo w parku, który jest wiecznie zamknięty, albo na stromiźnie, albo dojście kiepskie. A poza tym, do tego dochodziła jeszcze kwestia pozwolenia, które trzeba by było zdobyć.
     W końcu padło na drzewo na terenie Uniwersytetu, z którym współpracujemy. Co jednak z tego, że mają park, jak zapomniany i niezadbany. Żeby pooglądać tam drzewa, musieliśmy skakać pomiędzy kupami, zużytym papierem toaletowym, zdechłymi ptakami, jakimś żelastwem, papierkami po słodyczach, bagnami, butelkami i innymi „cudami”. Jedyne drzewo jakie ewentualnie się nadawało, ktoś kiedyś próbował podpalić. To musiało nam wystarczyć.

    To był dla studentów dzień jak co dzień. Mieli właśnie przerwę, siedzieli w grupkach na trawie i rozmawiali. A tu nagle podjechały dwa samochody, a z nich wysiadły wystrojone, kolorowe, błyszczące Cholity. Wszystkie oczy skierowały się na nie. Cholity jak Cholity, dla nich nic nowego, ale w takim miejscu? Co one tu robią? Idą do zarośniętego parku w którym nic nie ma? Znikają za murem? SENSACJA!
    Na początku próbowały wspinać się w spódnicach, w sensie w „całych spódnicach”, które często składają się z wielu „warstw” – halek. Bo im bardziej ta spódnica podniesiona, tym lepiej, a poza tym – cieplej. Ale w końcu zrezygnowały z tego pomysłu, bo bardzo utrudniało im to zadanie. Te spódnice są duże i ciężkie. I chociaż są przyzwyczajone do chodzenia w nich w góry, to wspinaczka drzewna była dla nich czymś nowym. W końcu więc pozbyły się wszelkich zbędnych warstw i zostały w halkach. Rozpoczęliśmy podstawowy kurs wspinaczki drzewnej.
     Dość szybko przybyli zdziwieni policjanci, którzy stoją na straży porządku i sprawiedliwości w budkach na bramie wjazdowej na Uniwersytet. Jakby to coś dziwnego było, że w parku Cholity siedzą na drzewach ;)
W każdym razie, na ustnym „mamy pozwolenie” się nie skończyło i musieliśmy sporządzić zgodę pisemną. Kiedy już załatwiliśmy wszelkie formalności, a oni pograli „złych policjantów”, to sobie poszli. Choć jeszcze z 34 razy odwracali się i chichrali podglądając Cholity, a gdy już wychodziliśmy dopytywali: – A kiedy znów przyjdziecie z Cholitami? hihihi.
     Takie wydarzenie nie mogło przejść bez echa, tym bardziej, że wspinaliśmy się na drzewa jeszcze w innych dniach. Zaraz zainteresowały się media. Dobijała się do nas telewizja. Wszyscy chcieli kręcić programy jak Cholity wspinają się na drzewa.

     Ktoś by mógł zapytać, ale po co to Cholitom? Po co im umiejętność wspinania się na drzewa?
     No więc przede wszystkim dla nowego doświadczenia, dla wyzwania, sprawdzenia siebie, z ciekawości. By zobaczyć, jak różni się wspinaczka w lodzie, od tej na drzewa. Jakich węzłów się używa i jakich technik. Te kobiety są głodne nowych doświadczeń.
     Wyobraźcie sobie, że chciało im się wstać skoro świt, ogarnąć dom, zrobić zakupy, ugotować obiad dla dzieciaków, załatwić kogoś do opieki. A potem kilkoma minibusami, przez blisko trzy godziny (jak zwykle strajki i korki) jechać z El Alto na teren Uniwerku w La Paz, by wspinać się na drzewa…
     Czy im się podobało?
     Były zachwycone! Dla wielu z nich to było ogromne wyzwanie i stres. Nie ukrywały tego, że się boją, ale cały czas traktowały to jako dobrą zabawę. Jedne radziły sobie lepiej niż inne, ale spróbowała każda!

Po ostatnim dniu kursu usiedliśmy na trawie pod drzewem. Wyciągnęły ziemniaki, chuño, kanapki, jajka, ser – piknik z prawdziwego zdarzenia! To wtedy rzuciliśmy propozycję, która już od jakiegoś czasu chodziła nam po głowie…
A jakbyśmy tak zorganizowali zbiórkę społecznościową, by zdobyć najwyższy szczyt Boliwii?

Ana Lia
Cecilia i Instruktor Wspinaczki – Pan Krzyś ;)
Ana Lia
Adela
Dora
Dora i Adela

Od lewej: Cecilia, Dora, Ana Lia, Adela. na drzewie: Instruktor Krzychu!
Cecilia
O wspinaczce w La Razon, gazecie ogólnoboliwijskiej.
Cecilia i Ana Lia

Wręczanie dyplomów w El Alto. Adela i Krzysiek!


 

     No i się zaczęło. Kursowanie do El Alto, kręcenie filmu, przygotowywanie planu, kosztorysu, tłumaczenie, spamowanie, proszenie.
Uruchomiliśmy zbiórkę – https://www.generosity.com/fundraisers/indigenous-women-climb-the-highest-peek-of-bolivia, by pomóc Cholitom zdobyć najwyższy szczyt Boliwii – Sajamę.
Marzyliśmy, by zdobyć ją razem z nimi. Tak się zżyliśmy, że one też chciały, żebyśmy to my im towarzyszyli. Bo już nas znają, ufają nam i wiedzą, że ich nie zawiedziemy.
    Dzięki temu projektowi spotykaliśmy się jeszcze częściej. To jednak nie są biznesmenki i zupełnie nie wiedzą, jaki potencjał w nich tkwi. One nie robią tego dla sławy, chcą zdobywać te szczyty dla siebie. I chociażby byłoby lepiej medialnie, jakby szły same, bez przewodników itd., to np. taka Cecilia ma to w nosie, bo ona chce chodzić w góry z meżem, bo czuje się z nim bezpieczniej i lepiej. Szanuję to i uwielbiam tę ich szczerość.
    Na Sajamę Cholity chcą zabrać piłkę, by na szczycie zagrać mecz. Ten pomysł nie jest ich, mecz piłki nożnej zagrali ich mężowie kilka lat temu. One chciały to powtórzyć z dwóch powodów: by wyrazić radość z wejścia na szczyt i bo… po prostu lubią sobie pograć w piłkę. Często spotykają się na boiskach w El Alto (na ponad 4 tys. m n.p.m.!) i grają. Ale jak grają! One latają po tym boisku!!!

Podczas kręcenia filmiku na zbiórkę. Adela opowiada, że marzy o zdobyciu najwyższego szczytu Boliwii
Senobia przed meczem na boisku w El Alto.

Senobia. W tle córka Cecilii.

Cecilia z córką.

Film ze zbiórki

A OTO ONE: CHOLITAS ESCALADORAS!

Dora Mageño Machaca
Wspina się razem z córką – Ana Lią. Jej mąż jest przewodnikiem górskim. Pochodzi ze wsi Zongo, ale do La Paz przeniosła się z rodzicami jak miała dwa latka. Zanim zaczęła wspinać się na szczyty, była zmęczona rutyną. Całe życie robiła wszystko z myślą o rodzinie, aż w końcu zaczęła spełniać także swoje marzenia.

Lidia Huayllas Estrada
Inicjatorka, założycielka grupy. Zawsze elegancka, jej stroje wzbudzają zachwyt. Najdłużej ze wszystkich pracowała jako kucharka w schronisku górskim (ok. 15 lat). Mąż – przewodnik.

Ana Lia Gonzales Magueño
Córka Dory. Studentka turystyki. Urodziła się już w El Alto. Nie jest Cholitą, choć ma korzenie Ajmara. Kiedyś wstydziła się chodzić w stroju Cholity, teraz zakłada go z dumą zarówno w góry, jak i na różne wydarzenia w szkole. Jej mama się cieszy, widząc córkę w „pollerze”. Razem zdobywają szczyty, wspinają się na drzewa, grają w piłkę nożną. Największa organizatorka i logistyk w grupie.

Elena Quispe Tincuta
Mała i drobna, a większość życia nosiła plecaki turystom do schroniska. Jej mąż także jest przewodnikiem. Dość cicha i nieśmiała, ale w górach bardzo zmotywowana i silna. Mówi, że  góry otworzyły ją na ludzi, jest odważniejsza.

Rufina Llusco Alaña
Jedna z czterech wspinających się sióstr. Ostatnio trochę siadło jej zdrowie, dlatego nie zdecydowała się na zdobywanie Sajamy, choć bardzo o tym marzy. Wszystkie siostry mają mężów przewodników.

Adela Llusco Alaña
Jedna z czterech wspinających się sióstr. Pochodzą ze wsi Chucury. Jako najstarsza z sióstr pamięta, że gdy przyjeżdżały z tatą na handel do miasta, były okropnie traktowane przez miastowych. – Uciekajcie stąd durne Indianki, bo wszystko pobrudzicie – mówili. Czwórkę dzieci urodziła w domu, bo we wsi nie było szpitali.

Cecilia Llusco Alaña
Jedna z czterech wspinających się sióstr ze wsi Chucura. Jedna z najszybszych w grupie, mówi że zawdzięcza to dzieciństwu, kiedy bardzo dużo wędrowała z tatą i stadem lam po górach. Do najbliższej drogi miały 4 godziny marszu. Na boisku rządzi, jest wszędzie, odbija piłkę głową. Szalona i wygadana.

Senobia llusco Alaña
Jedna z czterech wspinających się sióstr z Chucury. Przez jakiś czas zrezygnowała ze spódnicy, ale mąż nie był zadowolony, a jej było po prostu… za zimno. Mają jeszcze jedną siostrę, ale ta nie wspina się, bo w górach straciła męża. Senobia ma dwójkę dzieci, córeczka jest Cholitą i nazywa się Esperanza (Nadzieja). Gdy jest w domu marzy o górach, a w górach tęskni za dziećmi.

Yanina Callejas Coria

Jhanet Mamani Callisaya

      Główny człon grupy tworzy 7 kobiet (chwilowo bez Rufiny, ze względu na problemy zdrowotne). I to właśnie je poznaliśmy najlepiej. One uczestniczyły w kursie, z nimi się wspinaliśmy na drzewa i spotykaliśmy wielokrotnie.
To NIE SĄ kobiety niesamowite, one tak naprawdę są całkiem zwyczajne. Prowadzą zwykłe życia, głównie zajmują je obowiązki domowe. Jako grupa czasami się w wielu kwestiach nie zgadzają, jedna ma żal o coś do drugiej, niektóre aktywnie uczestniczą i wkurzają się na te, które pojawiają się raz na rok. Zazwyczaj strasznie się spóźniają. Te młode po górach chodzą szybciej i poganiają starsze, starsze wkurzają się na poganiające je młode.
Są zwyczajnymi kobietami i to właśnie sprawia, że są wyjątkowe. Bo nie przychodzi im to wszystko łatwiej niż innym kobietom na całym świecie. I to starały się przekazywać podczas wykładów motywacyjnych: – Wy też możecie robić te wszystkie rzeczy, które my robimy! Nie zamykajcie się w domach, idźcie chociaż w piłkę pograć – mówiły innym kobietom, zamkniętym w domach, zagrzebanych w obowiązkach, samotnym.
Ostatnio napisała do mnie jakaś kobieta, pisarka. Chciałaby napisać o nas bajkę dla dzieci! Wyobrażasz sobie? O nas! Tylko co my zrobiłyśmy, żeby sobie na to zasłużyć? – mówiła mi ostatnio Ana Lia. Im do teraz ciężko jest uwierzyć, dlaczego świat tak się nimi interesuje.

W polskich mediach:

ZBIÓRKA:

Strona Cholit na facebooku: FACE

6 Comments

  1. Pingback: Kontrowersje w programie "Kobieta na krańcu świata" - Wspinaczka po godność. - Wystraszeni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *