O TYM JAK KUPILIŚMY OSŁA I ZROBILIŚMY SIĘ W KONIA – dluga historia jeszcze bez konca

-czyli pierwsze złe przeżycia w Peru

1 8 czerwiec

KUPILIŚMY OSŁA!!!

Jeszcze sami w to do końca nie wierzymy, chociaż z tym planem nosiliśmy się od dawna. Dzisiaj wpłaciliśmyu.

zaliczkę i jutro facet ma przyprowadzić osła i ruszamy przez Andy do Machu Picch

19 czerwiec Dzień Pierwszy

Osiołek oficjalnie jest nasz. Ruszamy w drogę! Osiołek jest przepiękny. Trochę na razie nieufny. Gdy podnosimy rękę, żeby go pogłaskać, ma odruchy jakbyśmy go bić mieli. W sumie się nie dziwię, tutaj nikt osłów nie rozpieszcza. Nie możemy się na niego napatrzeć. Dzisiaj przechodzimy tylko jakieś 12 kilometrów, bo nie mamy serca go ciągnąć i czekamy za każdym razem gdy zatrzyma się, żeby poskubać sobie krzaczek. Nakupowaliśmy marchewek, żeby trochę go przekupić i zajada się nimi z ogromną radością. Cały czas go obserwujemy i zastanawiamy się czy ciężar który nosi nie jest mu za ciężki. Wszyscy mówili, że nie ma problemu, że może nieść dużo więcej, ale nam go żal. Już Krzysiek kombinuje co by tu przełożyć do siebie, że da radę nieść więcej. W końcu skończy się tak, że osiołek będzie szedł bez niczego, a my z całym bagażem :P. Jesteśmy atrakcją dla miejscowych. Nie często widuje się gringos z osiołkiem. Wszyscy nas zaczepiają i pytają dokąd idziemy, ale gdy odpowiadamy zgodnie z prawdą, że do Machu Picchu nikt nam nie wierzy. Generalnie to sami do końca w to nie wierzymy, w końcu przed nami 400 km! Droga jest ciężka bo przez Andy, często na wysokościach sięgających 5 tys m n.p.m. Mamy gówniane śpiwory, ale kupiliśmy sobie jeszcze dwa dodatkowe koce bo inaczej ciężko by tutaj było w nocy w namiocie przespać noc. Ciągamy osiołka do wody, zastanawiając się dlaczego on do cholery nic pić nie chce, wolimy żeby się napił bo przecież nie wiemy jak będzie później z wodą. Dopiero gdy zobaczył to jakiś facet w wiosce powiedział nam, że o tej godzinie osiołki nie piją, że piją w południe jak jest słońce i że dużo wody nie potrzebują. Widoków po drodze nie było. Tzn były, nieziemskie, ale tylko na nie spoglądaliśmy ukradkiem bo nasze oczy wpatrzone były w to cudo natury jakim jest nasz cudowny osiołek. Będziemy płakać gdy przyjdzie nam do sprzedać. W przyszłości kupimy sobie osiołka i będzie całymi dniami pasł się na łące i nic nie robił :P. Krzysiek tak się ze mnie śmiał, że pewnie będę cały czas z osiołkiem gadać,a sam idzie z nim i prowadzi poważne dyskusje :P. Dochodzimy do wioski, jest już ciemno i wioska zdaje się nie mieć końca. Rozbijamy się więc przy drodze. Jesteśmy totalnie widoczni z drogi, zresztą z osiołkiem będzie nam ciężej się ukryć. Osiołek dostaje na dobranoc kilogram marchewek, które po drodze Krzysiek kupuje w sklepie, a przed nami pierwsza zimna noc i testowanie koców!

DZIEŃ DRUGI, który okazał się tragedią

Noc o dziwo była całkiem przyjemna i ciepła, dzięki tym dodatkowym kocom. Miejsce noclegowe mamy beznadziejne, bo niewiele tu zielska dla osła. Krzysiek z rana idzie do wioski w poszukiwaniu jedzenia dla niego. Wcześniej ludzie mówili nam że generalnie może jeść wszystko ale najlepsze jedzenie dla niego to tzw alfalfa, nie wiem do końca co to jest, ale jakieś długie zielone zielsko, które ludzie sadzą dla zwierząt lub suche krzaki po kukurydzy, też to ma swoją nazwę ale nie pamiętam. Krzyśkowi udaje się dorwać tylko to drugie, ale osiołek i tak jest szczęśliwy. Grzebiemy się rano strasznie. Dużo czasu zajmuje nam wyszykowanie osiołka, robimy to po raz pierwszy i wcale to nie jest takie proste jak nam się wydawało. Jemu zdaje się być wszystko jedno co z nim robimy, bo spokojnie tylko żuje sobie trawkę.

A teraz o tym jak dowiedzieliśmy, że zrobiono nas w konia

Cały czas trafialiśmy na dobrych ludzi w Peru, ale wszędzie są też oszuści. Tym razem trafiliśmy i na nich. Prawie wszystko co mówił nam właściciel osła było kłamstwem. Ale zacznę od początku.

W Cotahuasi zatrzymaliśmy się w hotelu, w tym momencie trzeba podać nazwę, żeby zrobić antyreklamę: HOTEL FANI LUZ VELA. Właściciele, sympatyczne małżeństwo, od początku wydawali się być super pomocni i przyjaźni. Właściciel leciał z nami, żeby pokazać nam drogę nad jezioro, dawał rady co możemy tutaj zobaczyć ciekawego, rano gdy czekaliśmy na autobus do Pampamarci przybiegł na terminal, żeby się upewnić że w dobry autobus wsiądziemy i co mamy powiedzieć kierowcy, gdzie mamy wysiąść i o której jest powrotny. Więc stwierdziliśmy, że nasze poszukiwania osiołka najlepiej zacząć pytając o to jego. Tak jak myśleliśmy od razu obiecał, że popyta swoich kolegów i coś nam znajdzie. I faktycznie już na drugi dzień załatwił nam jednego gościa. Facet w dużym białym kapeluszu okazał się być pośrednikiem. Pojechaliśmy z nim i jeszcze jednym jego kolegą taksówką do innej wioski., gdzie miał być osiołek. Gościu opowiadał nam, że czarne osły są najsilniejsze, że ten ma 5 lat, jest nowy, młody,silny. Pokazywali nam jego zęby, ale to wszystko nic nam nie mówiło. Gościu zażyczył sobie 350 soli bez niczego, plus 100 soli za „siodło”. Wróciliśmy do hotelu i opowiedzieliśmy to wszystko właścicielom „strasznie dużo!!!! 350 soli za osła i 100 za siodło?” krzyczeli obydwoje i obiecali coś znaleźć nam innego. My w tym czasie chodzimy po sklepach, aptekach, pytamy ludzi na ulicy, jak widzimy jakiegoś samotnego przywiązanego osiołka to zostawiamy na nim kartkę, w końcu trafiamy do weterynarza. Daje nam wiele rad odnośnie kupowania osłów :” kolor nie ma znaczenia. Wiek rozpoznaje się po zębach. Młody ma ładne, duże, białe zęby. Osioł powienien być wykastrowany bo inaczej będzie wam uciekał, 350 soli to dobra cena za młodego, nowego, silnego osła. Może iść cały dzień i nieść 50, do 60 kilo stale, a dużo więcej chwilowo” tłumaczy nam wszystko, a my uznajemy się już za specjalistów od osła i wydaje nam się że teraz to już wszystko wiemy i nikt nas w konia nie zrobi.

Kolejny dzień właściciel hotelu, nazwijmy go „pijaczyną” mówi że w południe ma przyjść dwóch gości z dwoma osłami. Czekamy i nikt nie przychodzi. Pijaczyna mówi nam gdzie możemy ich znależć. Idziemy do pierwszego wskazanego punktu, jest nim sklep mięsny. Kobieta za ladą przyznaje, że sprzedają osły ale teraz nic nie mają i że ona nic nie wie, musiała by się męża zapytać , a jego teraz nie ma. Szukamy drugiego gościa o którym wiemy tylko tyle że się nazywa Ramon. Chodzimy wzdłuż ulicy i pytamy wszystkich o Ramona co ma osły. Dowiadujemy się że nazywa się Ramon Flores i mieszka gdzieś niedaleko. Łazimy od domu do domu, w końcu go znajdujemy. Okazuje się być również właścicielem sklepu miesnego. Nachodzi nas myśl, czy nie chcą nam sprzedać jakiegoś starego osiołka którego normalnie by wykorzystali na mięso. Mówi nam, że będzie miał osły o 10 dnia następnego. Żegnamy się z nim umawiając na jutro, a za chwile widzimy zdyszaną biegnącą do nas właścicielkę hotelu „chodźcie szybko, przyszedł do hotelu facet z osiołkiem dla was”. No to lecimy szybko i zastajemy siedzących na schodzach przed hotelem pijaczynę z jakimś kolesiem w kowbojskim kapeluszu (tutaj wszyscy w takich chodzą) i uwiązanego szarego osiołka. Zaczynają się rozmowy:

MY: ile ma lat?

Właściciel Osiołka: Ma 4 latka

Pijaczyna: Młody! Silny osiołek! Całkiem nowy!

MY: jaka cena?

Właściciel Osiołka: 350 soli ze wszystkim

MY: trochę dużo, może pan obniżyć cenę?

Pijaczyna: to jest super cena! Za takiego młodego, silnego osła! Mówię wam, w dodatku będziecie mieli super siodło. On w ogóle nie chciał sprzedać tego osła taki dobry jest, musiałem go namówić i w końcu się zgodził.

Później my udajemy znawców osłów i prosimy, żeby pokazali nam jego zęby. Oczywiście nic nam to nie mówi. Są całkiem duże. Czy białe? Cholera wie, uwalone od jedzenia. Osły zebów nie myją, więc tak całkiem białe być nie mogą.

MY: jest wykastrowany?

Właściciel Osiołka: nie, jest „cały”…

Pijaczyna: ale to nic nie szkodzi! Tak wiem, mówiłem wam że musi być wykastrowany bo ucieknie, ale to <zarty tylko, da radę, nie ucieknie prawda? Nie ucieka?

Właściciel Osiołka: niee! Skądże! Nie ucieka! Zobaczcie puszczę go wolno i nic się nie dzieje, nie ucieka

Potem mają niezły ubaw odpowiadają na szereg gringo/głupich pytań typu:

– czy nie będzie mu za zimno w nocy na dużych wysokościach?

-Co jak będzie padało?

-Jak ma na imię?

Czym podkreślamy, że kompletnie nic nie wiemy na temat osłów. Jesteśmy już nakręceni na tego osiołka. Nie mamy siły szukać już dalej. I tak nie wiemy, których z tych osłów które oglądamy jest naprawdę młody i wart swojej ceny. Skoro zaufany hotelarz mówi nam że osioł jest ok to chyba jest z nami szczery? Raz się żyje! Bierzemy!

Facet chce żeby mu dać 100 zaliczki, pijaczyna potwierdza że faceta zna i że możemy mu zaufać. Mówi nam też że żadnej umowy nie trzeba, tu się tego nie robi. Że wszystko będzie ok nic się martwić nie mamy. Tego dnia kupujemy resztę potrzebnych rzeczy typu: linki na bagaż, palik żeby jak by drzewa nie było to było gdzie przywiązać osła, dwa koce na zimne noce pod namiot, linki do bagażu, worki na bagaż i butelkę PISCO którym opijamy zakup osła (coś jak wódka, tylko dużo słabsze zrobione z winogron). Rano czekamy na faceta w cholerę długo. Wściekamy się strasznie bo chcieliśmy wyruszyć z rana, poza tym jak już mam wizję że facet spieprzył z zaliczką. Pijaczyna twierdzi że facet na pewno przyjdzie, że był o 7 ale myśmy spali to przyjdzie później (co za brednie! Od rana czekamy na tego osła!). W końcu facet zjawia się koło południa, wszystko już nieważne mamy osiołka. To super ekstra „siodło” które tyle miało kosztować to takie wyjątkowe, okazuje się być takim samym wynalazkiem jak te które używają miejscowi, czyli kupa starych szmat i skór owiec. Dajemy kolesiowi kasę i cieszymy się osiołkiem. Pijaczyna obiecuje nam pomóc zamontować worki na ośle. Tak też robi, razem ze swoją żonką montują i uczą nas jak to robić. Po drodze jeszcze go spotykamy, podjeżdża samochodem i daje nam kolejne rady. Wyrywa jakąś gałąź na którą osiołek mocno reaguje prawie biegnąć. Pijaczyna daje mi to do ręki i mówi żebyśmy go tym poganiali. Żegna się z nami, znikamy za rogiem, wyrzucamy gałąź. Idziemy dalej

DZIEŃ W KTÓRYM WYDAŁO SIĘ JAK GŁUPI Z NAS GRINGOS

To był nasz drugi dzień z osiołkiem. Powoli wiara w to że dojdziemy z nim do Machu Picchu nas opuszcza. Osiołek idzie bardzo wolno, a my nie mamy serca poganiać go kijkiem. Próbujemy przekonywać go słownie, że musi iść szybciej, ale tak jak się domyślacie nie bardzo nas rozumie :P

Co chwila zatrzymuje się to żeby poskubać trawkę, to żeby powąchać kupę innego osła. Sporo czasu męczymy się żeby to wszystko rano zamontować. Idziemy tylko kilka km bo po drodze są łaźnie termalne. Osiołek do woli zajada sobie trawkę i pije wodę, a my odprężamy się w gorących termach. Właścicielka od której kupujemy wodę i ciastka dorzuca nam jeszcze dwa jabłka i dwa banany. Tym razem zamontowanie worków idzie nam strasznie kiepsko. Przechodzimy kawałek i worki spadają. Nie wiemy co robimy źle. Co chwile musimy się zatrzymywać i montować worki na nowo. W końcu przechodzi obok nas jakiś dziadek i oferuje pomoc. Montuje to jakoś na nic i mówi nam że za lekko związujemy liny. Nie mamy wyczucia jak mocno możemy je związać, żeby to nie bolało osła. Bierze osła za sznurek i idzie z nami do oddalonej o kilka kilometrów wioski Alca. Dziwimy się jak osioł bardzo przyspieszył idąc z dziadkiem. Dziadzio po drodze opowiada nam o różnych ziołach po drodze. Daje nam powąchać i mówi do czego służą. Jedne lubią jeść osiołki, inne są dobre jako herbatka dla ludzi przy przeziębieniach. Gada strasznie szybko, mamy problemy żeby go zrozumieć. Gdy dochodzimy do wioski okazuje się że nas odważny osiołek jednak czegoś się przeraźliwie boi, a są tym kratki kanalizacyjne które ciągną się w poprzek ulicy. Za cholere nie chciał przez nie przejść, dziadek ciągnął go z całej siły, w końcu osioł przeskoczył kratkę, chyba myślał że to dziura. Żegnamy się z dziadkiem i idziemy z miasto szukać miejsca na nocleg. A po drodze…

spotykamy mężczyznę, kobietę i dziecko. Zagadują nas dokąd idziemy z tym starym osiołkiem.

MY: jak to stary???? przecież on młody jest, 4 latka ma~!

Koleś: nie ma 4 latek, na pierwszy rzut oka widać że to staruszek. Jesteśmy hodowcami osłów, znamy się na tym. Mogę zaglądnąć mu w zęby?… ma 10 lat”

Jesteśmy załamani. Wcześniej ludzie nam mówili, że to za cięża droga dla 10 letniego osła i musimy kupić młodego. Nie wiemy co robić. Po drodze spotykamy kolejnego faceta, zagadujemy go czy zna się na osłach „jasne , jestem hodowcą osłów i koni” odpowiada. Prosimy go żeby ocenił ile osioł ma lat. Facet również na pierwszy rzut oka stwierdza że jest stary, a zaglądając w zęby mówi to co poprzedni „ma 10 lat”. Pokazuje nam dokładnie jak można stwierdzić wiek na podstawie zębów. Faktycznie te z przodu ma duże, ale tylnie…tylnich nie ma…

Okazuje się więc że:

-jest SIWY a nie SZARY

-ma 10 a nie 4 latka

-kosztuje 100 soli a nie 350!

Później facet zauważa że nasz zwierzak nie jest wykastrowany i krzyczy „kupiliście „całego”????? będzie wam uciekał! Nigdy się nie kupuje całego”

Pytamy czy w ogóle uda nam się go sprzedać.

Koleś: jasne że tak

‚My; uff (kamień z serca_)

Koleś: na mięso na pewno ktoś kupi

Tu następuje płacz trwający całą noc:

„ jak możemy sprzedać naszego osiołka na mięso????”

Nie wiemy co robić. Hodowcy twierdzą, że osiołek da radę z nami iść, że będzie szedł dużo wolniej i musi dobrze jeść. Ale my nie znamy się na osłach, nie wiemy co to znaczy dobrze jeść, ile on tego potrzebuje ? Bo mamy wrażenie że jadł by bez przerwy, czyli to znaczy że ciągle mu mało? Zrobiło się już całkiem ciemno, my szukając „alfalfy” (ponoć najlepsze jedzenie dla osiołków, nie wiem dokładnie co to jest, ale jakaś zielona długa trawa) lub czegoś co jest suchą pozostałością po kukurydzach (ponoć też to jedzą, ma jakąś nazwę ale nie pamiętam) dochodzimy do prawie ostatniego domku zaraz za wioską i tam kobieta sprzedaje nam alfalfę. Pyta gdzie zamierzamy spać i zaprowadza nas na wzgórze nad swoim domem. To jej teren, mówi że możemy sobie tutaj zostać. Tutaj to jeszcze nie problem z jedzeniem, ale na dużych wysokościach, daleko od wiosek może to być problem. Generalnie nasz osiołek je wszystko, ale może to za mało? Lub ma za kiepską jakość?

DZIEŃ TRZECI

Ja zostaje cały dzień w obozie z osiołkiem a krzysiek idzie zasięgnąć informacji:

– czy w pobliskiej wiosce ktoś zechciałby kupić 10 letniego osiołka NIE na mięso?

-Czy można kupić tutaj innego młodego osiołka? (bierzemy też pod uwagę żeby kupić drugiego, silnego, który będzie nosił worki a nasz stary osiołek pójdzie bez niczego)

-Czy właściciel hotelu da nam namiary na tego faceta który sprzedał nam osła?

-Czy zaświadczy że mówił nam że ma 4 lata?

-Czy policja nam pomoże?

-Czy facet odda nam pieniądze

Krzysiek wrócił dzisiaj autobusem do wioski Cotahuasi żeby zrobić awanturę i dowiedzieć się czy możemy coś zdziałać. Gdy tak sobie siedzę i piszę, przychodzi do mnie ta kobita co nam pozwoliła tu spać z krowami. Pyta gdzie mój mąż, tłumacze jej sytuację, że myśleliśmy że osiołek jest młody „a gdzie tam, stary jest przecież to widać od razu…” mówi babcia. Próbuje znaleźć u niej powodu do radości i pytam czy w ogóle da radę sprzedać takiego osiołka nie ma mięso? „nie, nie da rady, nikt takiego starego osła już nie chce, nie nadaje się do pracy, tylko na mięso” mówi babcia. „no ale przecież osły żyją 30, 40 lat, czemu 10 letni osioł się nie nadaje już?” próbuje dalej. „nie nadaje się po prostu, ludzie wolą młodsze i silniejsze, a nikogo nie stać utrzymywać bezużytecznego osła”. Niestety babuszka pozbawia mnie złudzeń. Nie wiem już cos myśleć i co robić. Jedyna, nikła nadzieja że uda nam się zwrócić osiołka i odzyskać kasę.Pytam jej czy mozemy sobie tutaj jeszcze zostac na jej ziemi : tak oczywiscie, to dla nas radosc, ze ktos z daleka u nas sie zatrzymal – odpowiada babuszka.
Pozniej znow wywoluje radosc mieszkancow bo ide na spacer z osiolkiem, nikt tutaj nie chodzi bez powodu na spacery z osiolkami :P Kobitka sie smieje ze mnie, jak jej mowie ze taki sliczny ten osiolek. Oni maja calkiem inne podejscie do tych zwierzat.
Krzysiek wraca dosc wczesnie. Ma mase wiesci. Zrobil niezla awanture, Mezu jestem z Ciebie dumna. Na razie nie wiadomo co z tego bedzie, nie chce nic zapeszac, szanse mimo wszystko sa marne…
Osiolek, zwie sie Paksik, uwielbia marchewki, podejrzewamy ze je je po raz pierwszy. Dlatego kupujemy ich mnostwo gdy tylko trafimy na sklep. Mamy nadzieje ze osly moga jesc marchewki :P W wiosce w ktorej jestesmy byki chodza sobie gdzie chca i odwiedzaja nasze pole z namiotem, strasza Paksika i probuja mu zabrac jedzenie, Krzysiek walczy z bykami i probuje je odgonic. Kurde odwazne sa skubane :D. Tyle. Wszyscy nas tutaj juz znaja. I w Cotahuasi i w Alce i wioskach po drodze. Wszyscy juz slyszeli historie gringos ktorzy ida z oslem do Cuzco. Jutro moze sie wyjasni cos wiecej. Trzymajcie kciuki! A KURDE i zostawilismy namiot w cholere daleko od miejsca gdzie teraz jestesmy, trzymajcie tez kciuki zeby nas nie okradli! wrrrr

—————————–

Przyjazd Krzyśka do Cotahuasi zakończył się nadzieją, że może jakoś to będzie…
Zastał pijaczynę przed hotelem i zaczął się awanturować. Temu bardzo to się nie spodobało, bo wszyscy słyszeli. Szybko Krzyśka stamtąd zabrał na poszukiwania poprzedniego właściciela. Nagle okazuje się, że pijaczyna w ogóle nie zna tego faceta, więc wyszło kolejne jego kłamstwo. Mimo to obiecuje, że nam pomoże. Wypytuje ludzi, dostają jego dane i nr telefonu. Krzysiek mówi pijaczynie, że idzie ze sprawą na policję, a ten na to: „ale przecież nie macie żadnej umowy, nie uwierzą wam”, cholera jasna nie mamy umowy właśnie przez niego, bo niby tu się nie praktykuje, nie jest potrzebna…Hotelarz chyba ma wyrzuty sumienia, bo publicznie oznajmia, że stawi się na policji jako świadek i powie im że słyszał, że osioł ma 4 lata i że zapłaciliśmy 350 soli za niego. Policja próbuje dodzwonić się do gościa, ale ten twierdzi że jest w podróży i że stawi się w komisariacie jutro o 10 rano, policjanci każą więc o tej godzinie przyjść z osiołkiem. Krzysiek wyrusza więc o 4 w nocy z osiołkiem w drogę powrotną do Cotahuasi. Pożegnać się z Paksikiem jest cholernie trudno, a Krzyśkowi iść z nim także. Musi go poganiać, żeby zdążyć na czas, bo Paksik idzie bardzo powoli, pomimo tego że bez bagażu. Udaje im się dotrzeć na czas, ale gościu się nie pojawia. Policjanci przyjmują oficjalny donos na Manuela (bo tak zwie się poprzedni właściciel). W końcu policjantom udaje się dodzwonić do jego żony, ale ta twierdzi że nic o sprawie nie wie, ani o tym gdzie jest jej mąż. Ma się stawić na komisariacie o 14, później zmieniają godzinie na 15, w końcu pojawiają się koło 16:30. Manuel z żoną i kulawą siostrą, cwaniaki nawet nie reagują jak policjanci drą się na nich, dlaczego nie stawili się na czas. Pierwsze co mówią to to, że mogą wziąć z powrotem osła, ale chcą 200 soli za wypożyczenie go na 4 dni!!! Policja o dziwo przyznaje, że to ma sens i musimy zapłacić. Trójca utrzymuje, że Paks ma 6 lat (nie 4 i nie 10) i przedstawiają niby jakiś dokument na to, dokument urodzenia (tylko skąd wiadomo, że to dokument tego osła nie innego?). Według zeznań Manuela było tak, że ten osioł tak naprawdę nie był na sprzedaż, ale hotelarz złapał go za rękę i przyprowadził do nas, zmuszając go do sprzedaży:D. W dodatku myśmy się w osiołku zakochali i przez to musiał sprzedać, dlatego cena taka wysoka. Ponoć pijaczyna kazał mu powiedzieć nam że osiołek jest młodszy. A na końcu Manuel dodał, że najgorsze w tym wszystkim jest to, że teraz jego kulawa siostra nie ma osiołka, który nosił jej jakieś rzeczy, bo my świnie żeśmy go bezczelnie kupili!!! (jednak nie chcą go z powrotem, chyba że zapłacimy za to wypożyczenie). W końcu zjawia się szef komisariatu i rozstawia wszystkich po kątach. Reszta policjantów próbowała być tylko negocjatorami bez zdania, natomiast on bez pardonu oznajmia, że osiołek w takim wieku powinien kosztować 100 soli koniec i kropka. Negocjacjom zdaje się nie mieć końca, w końcu dochodzi do porozumienia:

Manuel oddaje nam 250 soli, ale zabiera „siodło”. Czyli teraz cena Paksika ma być 100 soli bez siodła co daje jakieś 130 zł. Trzeba też napisać dodatkowy protokół, ponieważ policja już wcześniej spisała zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Sprzedawca musi umotywować, czemu wobec tego, że uznaje że nie jest winny oddaje nam tyle pieniędzy. Powód brzmi: ponieważ osioł nie był na sprzedaż!

Czekam cały dzień, wyrywam sobie włosy z głowy. Okropne było to czekanie! Jeszcze na domiar złego pada mi bateria w telefonie, więc do końca nie wiedziałam jak zakończyła się historia. Czy Krzysiek wróci dziś do mnie czy zostanie w Cotahuasi?czy wróci sam?czy z osiołkiem? Czy zdążył na ostatni autobus? Mnóstwo pytań!

Milion odcisków palców złożonych przez Krzyśka tego dnia, durnych negocjacji i wielu kilometrów, o godzinie 3 w nocy wraca Krzysiek i Paksik. Ależ się cieszę widząc ich mordki! I znów Świnia, Osioł i Krowa są razem :D:D:D

Nie wiemy kompletnie co teraz robić… Paksik został z nami z czego generalnie się cieszymy. Boimy się co będzie z nim dalej, ale na razie musimy zdecydować co będzie z nami. Nadal nie wiemy ile ma tak naprawdę lat. Babuszka która użycza nam swojej ziemi, twierdzi że ma 10 a nawet i więcej. Zastanawiamy się czy nie pójść tutaj z nim do weterynarza bo tak naprawdę tylko on jest w stanie określić dokładnie wiek. Nie mamy siodła, więc Paksik nie może nic nosić. Aktualnie opuściliśmy chwilowo namiot, który pilnuje nasz Paksik i jesteśmy we wiosce w hostelu. Główny powód to naładowanie telefonu i baterii, bo przez ten czas wszystko nam padło.
Jak przyjechaliśmy do Ameryki Łacińskiej, Krzysiek nie rozumiał nawet jak ktoś się go po hiszpańsku (a raczej w castellano:D) pytał jak ma na imię, teraz jedzie sam i robi awanturę hotelarzowi, Manuelowi, jego żonie, siostrze, składa donosy na policji po hiszpańsku:)

Jak wiele wspólnego ma osioł z koniem? Czy ktoś zna się na osłach lub na podstawie znajomości koni może nam pomóc z osłem?:D:

1. Ile osioł powinien jeść dziennie? Bo jak wody się napije i później już nie chce, tak jeść by mógł cały dzień, czy to oznacza że ciągle mu mało? Czy po prostu taki obżartuch?
2. Czy to prawda że jeśli nie jest wykastrowany to mu będzie zimno w jajka i będzie się męczył bardziej na dużych wysokościach?:D
3. Czy marchewki to naprawdę „gówno a nie jedzenie” dla osłów? (tak powiedział jeden z gościu gdy zobaczył, że Krzysiek go nimi karmi. Generalnie nie kupujemy mu marchewek jako „posiłek” a raczej żeby mu sprawić radość bo jest masakrycznie szczęśliwy gdy mu je dajemy)
4. Czy ktoś kojarzy co to jest alfalfa i czy faktycznie to jest najlepsze jedzenie dla osłów?
5. Co jeszcze jedzą osły oprócz trawy, marchewek, alfalfy, suchych krzewów, jabłek i ciastek z kremem czekoladowym?
Jak na razie wciaz tkwimy w Alce, calkiem nam tu dobrze, ale chcielibysmy juz w koncu wyruszyc. Wpadlismy na pomysl ze kupimy drugiego osla :PPPP Wtedy ciezar sie rozlozy i bedzie dla nich lzej. Wczorajszy dzien minal wiec na poszukiwaniu drugiego osiolka i tego siodla zwanego tutaj carona, bo nasz Paks aktualnie nie ma. Poszlismy tez do weterynarza i przygotowani na to, ze gdy go zobaczy krzyknie tak jak reszta „jaki staruszek!”, a on spokojnie podszedl, obejrzal go, dokladnie przygladnal sie zebom, cos tam je liczyl i rzekl ” osiol ma 6 lat, gora 7″. Wlasciciel pokazywal dokument na policji, ktory wskazywal by na to samo, ze osiol ma 6 lat. Daje nam to duza nadzieje, postanawiamy ze musimy w koncu przyjac jakas wersje i zamierzamy uwierzyc weterynarzowi. Mowi nam tez, ze jego rodzice prowadza termy na ktorych bylismy i mowili mu o nas. Powiedzial ze oni moga nam dac carone. Weterynarz powiedzial nam rowniez, ze osiol da rade z nami isc i ze moze niesc ciezar nawet 50 kilo. Chociaz proponujemy mu kase za porady, nie chce od nas nic.
Dzisiaj rano bylismy umowieni z gosciem o imieniu Vertin, ktorego poznalismy kilka dni temu. To on jako jeden z hodowcow stwierdzil ze osiol ma 10 lat i od tego zaczela sie awantura z policja. Vertin mocno krytykowal kolesia ktory sprzedal nam tego osla za 350 soli i mowil ze wszyscy jestesmy ludzmi, a tamten nas tak oszukal. Spotkalismy sie wiec z nim dzisiaj rano,. Okazalo sie ze Vertin oprocz tego ze hodowca jest rowniez hanldarzem. Kupil dzisiaj osiolka, jak twierdzi za 250 soli, bo to dobry 6 letni osiol i chce nam sprzedac za 300, bez carony. Mowimy mu ze to cholernie duzo i ze idziemy ogladac inne osly. Vertin nawet sie nie targowal, pewnie mysli ze i tak do niego wrocimy, bo tak zbytnio nie ma tutaj oslow do kupienia. My jednak skierowlismy sie w strone wioski lezacej wysoka nad Alca, jednak po drodze spotkalismy goscia ktory zagadal nam gdzie idziemy i po co.
” Facet o imieniu Vertin ma wlasnie osla do sprzedania, bardzo dobry osiol, stoi tutaj nieopodal” mowi nam gosciu. TLumaczymy mu ze juz z nim gadalismy, ale chce za duzo kasy. Co sie okazuje?
” Vertin kupil tego osla za 150 soli i chce sprzedac za 200, ma jakies 8 lat, ale jest dobry i silny” facet wyjawia klamstwo Vertina! Oczywiscie cena 300 soli to cena dla gringos! co za swinia!
Do wioski juz nie idziemy, wracamy do tej babuszki co nam uzycza ziemi, bo ona wspominala cos ze jej maz ma carone dla naszego Paksa. Idziemy wiec do niego, bo nie jest latwo ja tutaj kupic! Jestesmy troche podlamani bo kazdy chce od nas wiecej kasy niz jest to wszystko warte. Pytamy go o carone, pogodzeni ze znow beda chcieli sobie na nas zrobic, a facet mowi:
” mam carone, ale wam jej nie sprzedam… dostaniecie ja ode mnie w prezencie”, tak tez robi, przynosi nam bardzo podobna carone za ktora ostatnim razem zaplacilismy 100 soli i nie chce za to zadnej kasy!Jestesmy przeszczesliwi.
Plan jest taki, ze mamy zamiar poszukac dzisiaj tego drugiego osiolka. Jesli nie znajdziemy go w rozsadnej cenie, to jutro lub pojutrze wyruszamy tylko z Paksem i jesli nie bedzie sobie radzil to po drodze bedziemy wypytywac o drugiego w innych wioskach.
Problem jest taki ze do kolejnej wioski musimy pokonac 900 metrow przerwyzszenia, czyli nie bedzie to latwa droga ani dla nas ani dla osiolka. Trzymajcie kciuki!

PS: faktycznie alfalfa to najprawdopodobniej lucerna, jest ponoc bogata w proteiny wiec dodaje duzo sily oslom. Kupujemy ja praktycznie codziennie u babki u ktorej jestesmy. Wczoraj dorwal sie do niej byk i wszystko zezarl! :D:D:
CO TO BYLA ZA IMPREZA….

My wciaz bez drugiego osla i wciaz w Alce Chyba nigdy stad nie wyjedziemy. Wczoraj na poszukiwania osla udalismy sie do wioski polozonej nad Alca, na wysokosci 3 tys m n.p.m.Slyszelismy ze tego dnia jest jakas fiesta, wiec rowniez chcielismy zobaczyc co ciekawego sie dzieje. Do wioski prowadza schody, baaaardzo duzo kamiennych schodow, po drodze cudne widoki na Alce. W koncu docieramy na gore i trafiamy wprost na przemarsz. Na przedzie dzieciak z pomalowana na czarno twarza, chyba przebrany za owce za nim koles na koniu trzymajacy w rekach przystrojonego koguta, dalej tradycyjnie ubrane tanczace kobiety, mezczyzni w kapeluszach, noszacy skrzynie z piwami, a na koncu orkiestra. Duzo ich nie bylo, ustepujemy im z drogi robiac zdjecia, a oni lapia nas za rece i przyciagaja do siebie. No to idziemy. Nie wiemy gdzie, ale idziemy, jest zabawnie. Dochodzimy w koncu do jakiejs przystrojonej liscmi bramy, prowadzacej na podworze czyjejs chaty. Kaza nam wchodzic to wchodzimy. Siadamy przy stole na podworzu, muzyka ciagle gra, daja nam spory garnuszek chichy. Ta chicha ktora pilismy do tej pory, byla calkowicie inna. Lagodna, slodka, taki o napoj. A ta ktora sprobowalismy teraz, byla ciezka do przelkniecia, przynajmniej na poczatku. Mocno sfermentowana, kwasna, powodujaca lekkie zawroty glowy. Generalnie towarzystwo jest juz mocno wstawione, ale jeszcze idzie zrozumiec co mowia oczywiscie do nas, bo miedzy soba rozmawiaja w jezyku quechua. Dostajemy po kilka gozdzikow, ktore sa symbolem wioski. Za chwile zaczynaja znosic jedzenie. Na stole stoi kogut i sra pod siebie. Dostajemy zupe, calkiem smaczna. Za chwile na stole stawiaja dwie michy. W srodku zupa, kurczak i swinia…a raczej swinka…morska! Nie wiemy do konca o co chodzi, czemu z tych dwoch misek je facet ktory najwiecej nas zagaduje i jego zona. Pewnie sa jakimis glownymi organizatorami, ale jedza z tych misek i rozdzielaja mieso kazdemu. Dostajemy wiec po kawalku swinki… Chcielismy to sprobowac, ale ciagle nam bylo za drogo. Cene swinki morskiej w knajpie znacznie przekracza cene innych dan. Swinka wyglada niezbyt smakowicie. Jest upieczona cala, z nozkami, glowa i zebami. Dostaje udko sa na nim kawalki siersci Generalnie za wiele miesa tam nie ma, w smaku przypomina kurczaka. Ludzie twierdza ze jest duzo lepsza niz kurczak, ale my chyba jednak zostaniemy przy ptactwie Potem dostajemy drugie danie, kawal wolowiny, ziemniaki i ryz. POjecia nie mamy czy wystawia nam rachunek na koniec, czy o co dokladnie chodzi. Jemy. Ja oddaje talerz z nietknietym kawalkiem miesa, a faceci kolo mnie oddaja talerze z ryzem i ziemniakami No tak Pozniej kolorowa kobieta zaczyna tanczyc z dzieckiem owca, a nastapnie wszyscy idziemy na glowny plac przy kosciele. I tam zaczyna sie ogolna impreza. Mnostwo ludzi, kobiet pouubieranych w tradycyjne stroje, mezczyzni wygladaja jak kowboje. Wszedzie leja chiche i piwo. Nie wiemy dokladnie o co chodzi, ale porywaja nas do tanca. Mamy zrobic taneczny przemarsz dookola kosiola z kogutem no wiec robimy nie wiem ile tych kolek, za kazdym razem podchodzimy do jakiegos faceta, oni sie ponoc na niby kloca i daja kolejnego koguta i znow robimy kolka wokol kosciola, o matko, bylo zabawnie :D:D:D:D. Pozniej tanczymy w kolku przed kosciolem. Yolanda, dziewczyna ktora podczas tanczenia trzymala mnie za reke, jak skonczylismy to nie chciala mnie puscic . Idziemy do jej sklepiku i kupujemy piwa. Yolanda pokazuje nam swoje zdjecia na jakich konkursach, jest piosenkarka.
Impreza na placu trwa, gdy saczymy sobie z Krzyskiem piwo i obserwujemy, podchodzi do nas policjant. Na nic zdaja sie nasze, a raczej moje wymigywania sie, musze z nim zatanczyc koniec i kropka alez ten policjant szaleje, ciezko dorownac mu kroku . Orkiestra gra, coraz wiecej pijanych ludzi, tanczymy, bawimy sie, jest super. Dookola kosciola trwaja przez caly czas wyscigi koni.
Pod koniec imprezy podchodzimy z Yolanda do grupki kolesi, bo chce nam przedstawic swojego brata. I kogo widzimy?… Vertin! koles ktory chcial sprzedac nam osla za 300, jaki ten swiat jest maly!
Powoli kierujemy sie do naszego namiotu, przed nami dluga droga w dol, jest juz calkiem ciemno. WIdok na oswietlona Alce jest niesamowity. Nie pytamy nikogo o osla, wiadomo, wszyscy byli pijani, ciezko z takimi ubijac interesy. Chociaz jeden z policjantow probowal. Chcial nam sprzedac jakas starozytna figurke alpacki, ktora znalazl na jakims szczycie :P:P:P. Wracamy bez niczego. No ale nic jest kolejny dzien. Na szczescie nikt nam zadnego rachunku na koniec nie wystawia

Kolejny dzien, czyli dzisiaj
Dalej bez drugiego osla.
Rano pojechalismy na termy, bo weterynarz mowil nam, ze jego rodzice moga miec carone. Niestety juz nie maja. Mielismy zamiar wrocic do tej wioski, w ktorej bylismy dnia poprzedniego, ale fiesta nadal trwa, nic nie zdzialamy. Idziemy wiec do innej wioski, ktora jak sie okazuje znajduje sie jeszcze wyzej niz ta poprzednia. Sporo czasu zajmuje nam dotarcie do niej. Ponoc Vertin wlasnie tam kupil osla, ktorego chcial nam opchnac, u goscia o imieniu Tomas. Do niego wiec idziemy. Znajdujemy jego dom, troche musimy na niego poczekac, w koncu przychodzi. I niestety, nie ma osla zadnego do sprzedania. Mial dwa,ale sprzedal Vertinowi. Zaprasza nas na chiche.
Siedzimy przed ich domem, strasznie biednie wygladajacym domem, jak wiekszosc tutaj. Ogladamy suszace sie wielokolorowe kolby kukurydzy. Zona Tomasa podgrzewa chiche w ognisku, jednoczesnie karmiac piersia malenstwo. Nie maja elektrycznosci, nie maja swiatla, nie maja ogrzewana, a cieplo tam nie jest. Zarowno Tomas jak i jego dwojka dzieciakow, maja podarte i brudne ubrania, zreszta cali sa brudni. Po ogrodku biega malutka swinka morska z malutkim kotkiem. Zastanawiam sie czy kota tez pozniej zjedza. Tym razem dostajemy ciepla chiche i powoli zaczynamy sie przyzwyczajac do tego smaku. Okazuje sie ze Vertin mowil prawde… naprawde zaplacil 250 soli, tyle ze za dwa osly!!!! Jeden osiol kosztowal go 125 soli, a nam chcial go sprzedac za 300! Dodatkowo powiedzial, ze osiol ma 5, gora 6 lat, a ma 9! Masakra, jak go jutro spotkamy to nie omieszkamy mu o tym powiedziec. Prawdopobonie nie pozostanie nam nic innego, jak pojsc z jednym osiolkiem. Jesli zobaczymy, ze nie daje sobie rady, bedziemy musieli go po drodze sprzedac.
To wszystko co tutaj przezywamy jest esencja naszej podrozy. Nie bylismy zli, ze szlismy tyle czasu, zmachalismy sie potwornie i nic nie zdzialalismy. Warto bylo tam pojsc, zeby napic sie chichy z Tomasem i jego rodzina i porozmawiac o zyciu. Osiolek i wszystko co z nim zwiazane, dostarcza nam duzo wrazen!
Oślej włóczęgi ciąg dalszy…
Na ostatnie poszukiwania drugiego osła udaliśmy się do wioski Cahuana, tej w której ostatnio byliśmy na fieście. Ja sobie wypluwam płuca i przysięgam, że idę do tej wioski po raz ostatni, a dzieciaki muszą codziennie schodzić (to jeszcze nic) do Alca do szkoły i co najgorsze zapieprzać później do góry do domu. Łazimy po wiosce, teraz już dużo spokojniejszej, chociaż wciąż wiele pijanych na ulicach. Czujemy się trochę jak w bajce, chodząc wśród tych kolorowych kobiet, przyozdobionych kwiatami. One chodzą tak ubrane na co dzień. Pukamy od domu do domu i ciągle słyszymy tą samą odpowiedź: „mam osły, ale nie na sprzedaż, musicie pytać bo tu dużo ludzi chce sprzedać”. Chodzimy, pytamy i każdy mówi to samo. Pytamy jakiegoś chłopaka czy wie coś na ten temat, ten najpierw mówi, że nic nie wie, za chwile nas woła. Stoi razem z jakimś starszym facetem i krzyczy, że on ma ponoć osła do sprzedania. Podchodzimy więc a tam kto? Ten sam policjant, który chciał nam sprzedać na fieście figurkę alpaki, tym razem jest w cywilu.
MY: no więc ma pan osła na sprzedaż?
Policjant: tak, mam. Tam wysoko w górach, w ruinach, znalazłem starożytną figurkę alpaki…
MY: tak wiemy! Ale my nie chcemy figurki tylko osła. Ma pan osła?
Policjant: no tak, mam figurkę alpaki. Bardzo ciężka! Duża duża waga!
Chłopak: ale oni nie chcą figurki! Chcą osła, żywe zwierze!
Policjant: osła? Nie, osła nie mam…

Odchodzimy zaśmiewając się do łez. Potem spotykamy kolejnego gościa, który gdy dowiaduje się, że jesteśmy z Europy mówi: „aaa Europa, tam dużo pijaków nie?” a na pożegnanie mówi do mnie:”mógłbym się w tobie zakochać”, hmmm, nie ma co, szukanie osła dostarcza nam dużo śmiechu. Zauważamy, że nasze przybycie bardzo raduje wszystkie dziadki. Strasznie się cieszą jak nas widzą, jak mogą sobie z nami chwile porozmawiać.
Finał jest taki, że nie znajdujemy drugiego osiołka. Postanawiamy iść z jednym.
Kolejnego dnia pakowanie. Bierzemy do plecaków więcej niż ostatnio, sporo jedzenia zjedliśmy siedząc tyle w Alce więc Paks ma dużo mniej do noszenia. Synek babuszki (tej u której rozbiliśmy namiot) daje nam milion rad przed wyruszeniem. Pewnie wie więcej niż my o osłach, pomimo młodego wieku, ale strasznie nas denerwuje. My się pakujemy, a on stoi nad nami i coś ględzi. Jednym nas zmartwił. Pokazał na kopyto Paksa i powiedział że źle z nim, że może sobie rozwalić gdzieś na kamieniu. Na wszelki wypadek pójdziemy z tym do weterynarza w kolejnej wiosce.

DZIEŃ 1 po przerwie w Alca

Wyruszamy dość późno. Idzie się całkiem dobrze. Paks idzie dzielnie. Robi się już całkiem ciemno. Wydaje nam się, że mamy już niedaleko do Puyki i mamy zamiar dojść tam jeszcze dzisiaj. Na szczęście znajdujemy fajną miejscówkę i rozbijamy namiot. Totalnie koło drogi, także każdy przejeżdżający samochód trąbi gdy przejeżdża obok nas. Jeden kierowca się zatrzymuje, żeby sobie z nami pogadać. Mówi nam, że jeszcze godzina drogi do Puyki. Poznajemy nowe oblicze naszego osiołka. Koło namiotu leży papierek po maśle i torebka po koncentracie. Paks oblizuje papierek, za chwile bierze torebkę i co robi? Cholera jasna on to zjada! Tak jak i woreczek foliowy, papierek po maśle. Masakra! Modlimy się żeby mu to nie zaszkodziło. Teraz musimy wszystko chować, bo ten żarłok niedługo zje nasz namiot!

DZIEŃ 2

Dwie godziny zajmuje nam zebranie się rano. Pociesza nas myśl, że już tylko godzinka i będziemy w Puyce… Idziemy 5 godzin…Droga zdaje się nie mieć końca. Jesteśmy padnięci, bo ciągle do góry, nie mamy wody ani dla siebie, ani dla Paksa, bo to przecież tylko godzinka!
W końcu! Puyca! Na reszcie! Radości nie ma końca.
Marzymy o pysznym obiadku, bo ponoć są tu restauracje i o internecie. Co zastajemy? Kompletną dziurę. Restauracje owszem, jakieś są, ale na pytanie co można zjeść, pani odpowiada najpierw że „nic”, a później, że może zrobić ryż i jajko. Internetu nie ma, a weterynarz? „ma być 5 lipca” brzmi odpowiedź. Niech to szlag. Kupujemy więc jajka, bułki, ziemniaki i obowiązkowo marchewki dla Paksa. Znajdujemy kawałek placu i rozbijamy namiot. Jesteśmy ogromną atrakcją dla miejscowych, szczególnie dla dzieciaków. Szlag mnie trafia bo gdy spotykamy ludzi i mówimy im dokąd zmierzamy, mówią „jaki biedny ten osiołek”, a dokładnie „pobresito” (biedniutki), że musi z nami tak daleko iść. Kurde! To my zawsze żałujemy patrząc jak oni te osły traktują, a teraz wychodzi na to że to my jesteśmy źli! Mam wyrzuty sumienia, smutno mi, jakoś tak doła łapie. Pociesza mnie Krzysiek mówiąc „spójrz na niego, czy on wygląda jakby cierpiał?”, faktycznie, nie wygląda. Nie ma lekko, nikt tutaj z osłami takich dystansów nie robi, ale staramy się jak możemy, żeby mu to wszystko ułatwić. Gdy my ściągamy plecaki na odpoczynek, jemu też zdejmujemy bagaże. Staramy się żeby zawsze miał co jeść i co pić. Marchewki kupujemy gdy tylko możemy, bo za nimi szaleje i zagłaskujemy go na śmierć. On jest taki spokojny gdy pakujemy na niego bagaże, skubie sobie trawkę i nie wygląda ani trochę jakby mu to przeszkadzało. Idzie dzielnie cały czas, powoli, ale przed siebie. Bagażu ma też dużo mniej niż wszyscy nam mówią, że mógłby nieść.
Tego dnia już dalej nie idziemy. Siedzimy w namiocie i korzystamy z ostatnich chwil naturalnego światła, gdy ktoś w oddali krzyczy „buenas tardes!” (dobry wieczór). Cztery dzieciaki i owca, wszyscy w nas wpatrzeni, odpowiadamy im to samo i wracamy do swoich zajęć. Po chwili zerkamy znowu, a oni nadal stoją tak nieruchomo. Paks zwęszył, że jemy ziemniaki i włazi nam do namiotu. Chwilkę później dzieciaki są już przy naszym namiocie, również już rękami w środku niego. Zaczyna się lawina pytań:
– zamierzacie tu spać?
– A nie będzie wam zimno?
– A co macie do spania?
– A na czym gotujecie?
– A nie boicie się robaków?
– A jak jest po angielsku jabłko?
– A ile kosztuje namiot?
– A to wasz osioł?
– Itd. itp.
W końcu woła je mama, która skończyła właśnie prace w polu. Każde z dzieciakół podaje nam na pożegnanie rękę chyba ze 20 razy. Poszli. Spokój, cisza. Niestety jest już całkiem ciemno, a Krzysiek miał zamiar zerwać z pola alfalfę dla Paksa, czołówka by nas wydała. To nie koniec wrażeń tego dnia. Gotujemy wodę na herbatę, przychodzi banda ludzi. Tym razem dorosłych. Mężczyźni i kobiety, wszyscy gadają naraz, ciężko ich zrozumieć. Wydaje nam się, że trzeźwi nie są. Pytają nas dlaczego śpimy tutaj, że jest zimno, że w Puyce są hotele. Dotykają namiotu, wkładają ręce do środka, sprawdzają grubość koców. Praktycznie siłą ich wyganiamy i zamykamy im namiot przed nosem. Możemy iść do hotelu spać, skoro jest taka możliwość, ale dla nas to test. Nocleg na 3700 m n.p.m. Bo jeśli nie zmrużymy oka z zimna, to jak poradzimy sobie na 5 tys? Już tutaj po drodze widzieliśmy zamarznięte kałuże. Oby koce dały radę!

DZIEŃ 3
Krzysiek przesypia noc bardzo dobrze, jest mu ciepło. Ja niestety znoszę ją gorzej. Budzę się w nocy wiele razy, jest mi zimno. Jednak nie jest najgorzej, spałam już w zimniejszych warunkach, muszę po prostu ubierać się cieplej.
Mamy jakieś 3 km do wioski Suni. Idzie się koszmarnie, co dziwne bo w dół. Problem w tym, że jak Paks idzie w dół to spadają mu bagaże. Całą wieczność zajmuje nam więc dotarcie do Suni. Gdy w końcu tam docieramy, robimy przerwę. Załatwiamy Paksowi Chalę (suche łodygi i liście po kukurydzy, smakołyk osłów) i czekamy aż zje. Później czeka nas długa droga do góry. Szczęśliwi docieramy do przełęczy, z której już „tylko” w dół. Po drodze spotykamy faceta na koniu, ze stadem lam który radzi nam, żebyśmy poszli skrótem, bo droga ciągnie się serpentynami w nieskończoność. Skrót za to ciągnie się stromym zboczem w dół. Jakoś nie wyobrażamy sobie jak Paks z tymi bagażami ma tu schodzić, więc wybieramy dłuższą opcje. Sporo nadrabiamy drogi. Trochę załujemy, że nie poszliśmy skrótem. Do Huactapy docieramy po ciemnku. Tam korzystamy oferty noclegu w hospedaje. Po ostatniej zimnej nocce, marze o ciepłym noclegu. Spaliśmy już w różnych ruinach, ale ta była chyba najgorsza. Turystyka tutaj nie istnieje, czego więc się w sumie spodziewać. Ciepła woda? Zapomnij, nie ma nawet zimnej. Nie ma łazienki nawet, no cóż… nie ma też kibla…syf totalny. Szyb w oknach też nie ma, zamiast tego są przybite jakieś szmaty. Na szczęście są dwa łóżka z kocami i o dziwo światło i gniazdko! Zbieramy wszystkie koce na jedno łóżko. Jest ich tyle, że ciężko je przesuwać i co chwile z nas spadają. Musimy wspólnymi siłami rąk i nóg, naraz dwa trzy przesuwać je na właściwe miejsce Przynajmniej tej nocy jest ciepło! Paks przywiązany jest do naszej budy, a w nocy ma towarzystwo w postaci 7 wałęsających się koło niego osłów.

DZIEŃ 4
Pobudka i pakowanie. Jesteśmy na jakimś głównym placu. Mnóstwo gapiów, obserwują każdy nasz ruch. Na początku to było nawet zabawne, teraz momentami denerwuje . Znów przyczepiają się dzieciaki ze swoimi pytaniami. Cieszą się gdy rozmawiamy między sobą po polsku i wszystko za nami powtarzają. No cóż, wstyd się przyznać, ale wykorzystujemy tą okazję i również bawimy się przednio :PPP. Znajduje się kupiec na Paksa. Strasznie męczy Krzyśka, żeby mu go sprzedał. Jeszcze nie czas…
Ruszamy w drogę. Idzie się ciężko każdemu z nas, więc gdy znajdujemy polanę nad rzeczką, wykorzystujemy okazję i robimy dzień przerwy. Paks cały dzień biega sobie bez sznurka, skubie trawkę i tarza się gdzie może . Jest cieplutko póki jest słońce. Popłudniu pojawiają się chmury i momentalnie robi się cholernie zimno. Krzysiek idzie do wioski na zakupy. Planowaliśmy ognicho, wino i wypasioną jak na nasze możliwości kolację. Mamy okazję, bo dokładnie 4 lata temu wyjechałam z prawie nieznajomym mi facetem do Rumunii, a dziś jest moim mężem . Wina w sklepie nie ma, chociaz cała wioska pijana. Wszyscy chleją chichę. Ziemniaki, warzywa? Nie ma w żadnym sklepie. Jest makaron, a co do makaronu? „Hmmm… mleko skondensowane?” proponuje pani w sklepie. No tak, mleka skondensowanego mają 3 rodzaje. W końcu jeden chłopak, którego Krzysiek pyta gdzie można kupić ziemniaki, każe mu poczekać i wraca z ok 3 kg ziemniaków. Daje mu w prezencie . Świętujemy więc suchymi ziemniakami, bez wina, przy niechcącym się palić ognisku . Zostaje nam trochę niezjedzonych ziemniaków, pakujemy je do plastikowego pojemnika i cóż… zasypiam przytulona do ziemniaków zawsze to trochę cieplej

DZIEŃ 5
Zamiast coraz szybciej, zbieranie sę z rana zajmuje nam całą wieczność. Wyruszamy dopiero koło 12 z zamiarem przejścia tylko 10 km. Doszliśmy do tego jak wiązać worki na Paksie, żeby nie spadały. Jupi, zawsze to jakiś sukces. Po drodze mijamy wioskę o nazwie Churca. Dzieci na boisku nie wiadomo czemu wołają za Krzyśkiem „terrorysta!”. Przed nami idzie chłopaczek z bandą osłów, a wśród nich…OŚLICA! O NIE! Dla naszego macho to prawdziwa atrakcja. Trzymam Paksa za sznurek, a ten w bieg za oślicą. Biegnę więc za nim i tym razem to Paks mnie ciągnie za sznurek. Biegnąc poganiam niechcący osły, więc jest coraz gorzej. Dzieci przerwały mecz i zaśmiewają się oglądając to scenkę. Zresztą mój mąż robi to samo:D Niestety Paks jest silniejszy i się w końcu wyrywa. Na szczęscie nic złego się nie dzieje, oślica chętna nie jest, więc Paksa przegania w tym czasie my go zabieramy i przekupujemy ciastkiem
„czemu cały czas musimy iść po górę?” – bezsensownie się zastawiam. Dochodzimy do wioski Chincayllapa położona na ok 4010 m n.p.m. Nasze przybycie jak zwykle wzbudza emocje. Znów przy nas są dzieciaki, ale tym razem tylko się przyglądają i szepczą między sobą. Idziemy przez całą wioskę, ludzie wychodzą na ulicę nas zobaczyć. Atmosfera nie z tej ziemi. Wszyscy się do nas uśmiechają, witają się z nami, machają do nas. Jedna kobieta wychodzi i daje nam miseczke jeszcze ciepłych pieczonych ziemniaków i pieczonego bobu.
Cholernie czuć już wysokość, na domiar złego przypałętały się chmury i goni nas deszcz. Jest zimno, z ust leci para. Idzie wzdłuż ogromnych pól pełnych przede wszystkim lam i alpak. Modlimy się żeby znaleźć szybko miejsce na namiot. Znajdujemy ruiny jakiegoś domu, jesteśmy przynajmniej osłonięci od wiatru. Czeka nas jednak dużo pracy, żeby przygotować teren pod namiot. Mnóstwo kamieni i kłujących kępek traw, typowych tutaj na wysokościach. Zaczyna padać, jak najszybciej się da próbujemy wyrywać te kępy, ale trzymają się mocno. Paks nie jest raczej zadowolony z jedzenia jakie tutaj ma. Zjada te trawska, ale wcześniej stoi z godzine przy naszym namiocie, a raczej prawie nam do niego włazi i czeka aż damy mu coś lepszego. Jak tylko słyszy szelest siatki zaraz do nas biegnie jak pies, bo już się nauczył ze to oznacza smakołyki W końcu zjada większość bułek które kupiliśmy dla siebie .

Brzydki humor z drogi:
Podczas naszej wędrówki, ja zawyczaj idę z przodu trzymając Paksa za sznurek, a Krzysiek z tyłu pogania go cmokaniem. Wobec czego ma różne ciekawe spostrzeżenia:
„ Kurde, za każdym razem gdy Paks puszcza bąka, wydaje mi się że zaraz zacznie gwizdać, bo mu się odbyt w trąbkę układa…”
Później za każdym razem gdy Paks zapuszcza bąkala, a robi to często niestety, Krzysiek wygwizduje różne melodie w nadziei że Paks się nauczy… takie me życie z dwoma osiołkami….

DZIEŃ 6

Znów idziemy dużo mniej niż planowaliśmy. Niestety ciężko iść szybko z osłem. Jesteśmy na coraz większej wysokości. Po drodze żadnych wiosek, są tylko pojedyncze domy. W wokół nich kość za kością, sierść za sierścią lam i alpak. Muszą tu się odbywać niezłe rzezie…
Mamy problem bo do kolejnej wioski jak to mówią ludzie, mamy 3 dni drogi, a zostało nam tylko trochę płatków owsianych, 2 puszki ryby kupione po drodze, resztka majonezu i parę orzeszków ziemnych. Trochę mało jak na trekking po górach. Po drodze żadnego sklepu. Rezygnujemy z kolacji na rzecz śniadania.
Po drodze widoki nieziemskie! Pod koniec dnia czeka nas niezwykłe spotkanie…Przybiega do nas malutka Alpaka. Najwyraźniej zgubiła swoją mamę. Biega dookoła nas i popiskuje. Strasznie nam jej żal, ale co możemy zrobić, nigdzie jej mamy nie widać. Ruszamy przed siebie, a alpaczka za nami. Aktualnie leży koło naszego namiotu i popiskuje. Jest strasznie zagubiona, cały czas się nas trzyma. Zobaczymy czy będzie tu dalej gdy się obudzimy. Godzina 19, ciemno już, zimno, nie ma co jeść…idziemy spać.

DZIEŃ 7

Mała alpaka spała przytulona do naszego namiotu całą noc. Krzysiek mówi, że trzeba ją pogonić bo przecież nie może iść z nami, ja najchętniej bym ją wzięła Z rana przychodzi po nią jakiś facet, pyta gdzie była i mówi że ją szukał. Ma ponoć 5 miesięcy. Bierze ją na ręce, choć musi trochę za nią pobiegać i odchodzą… Alpaczka wróci do mamy. Generalnie się cieszymy, bo mielibyśmy pewnie z nią problem. Dzisiejsza droga jest dużo łagodniejsza, większość po płaskim lub w dół, cóż za odmiana! Po drodze nie ma nic, żadnych wiosek, nie spotykamy nikogo. Krajobraz wciąż się zmienia, po drodze niezwykłe formacje skalne. Po drodze czeka nas niespodzianka. Poziom rzeki się podniósł i zalało kawałek ścieżki. Jest zbyt głęboko, żeby iść w butach trzeba więc na bosaka wejść do tej lodowatej wody. O dziwo Paks nie ma z tym żadnych problemów, gorzej ze mną. Chociaż w nocy temperatury minusowe, rzeczki zamarzają, woda w naszych butelkach również, jakoś te zimne noce. Paks wydaje się też, bo gdy z samego rana do niego idziemy, telepiąc się z zimna, on sobie spokojnie stoi i skubie trawkę. Spuszczamy go ze sznurka na czas naszego porannego zbierania się. On oczywiście zaraz do nas leci i jak pies czeka aż mu damy jeść. Wydawało nam się że idąc z osłem będzie łatwiej. My z lekkimi plecakami, nie będziemy mieli nadążyć za biegnącym osłem Będziemy robić min. 30 km dziennie i szybko dotrzemy tam gdzie chcemy.
Jaka jest rzeczywistość?
Paks biegnie tylko wtedy gdy widzi oślice lub jedzenie, w innym wypadku idzie dużo wolniej niż my. Obydwoje mamy ciężkie plecaki, a droga prowadzi w większości pod górę. Zapomnieliśmy też że na wysokości powyżej 4 tys, ciężej się oddycha, wobec czego każdy pagórek to jest walka o oddech. Dni są krótkie. No i nie braliśmy pod uwagę czasu który tracimy na poprawianie Paksa worków i szukanie mu smakołyków. Mimo to bez Paksa nie dalibyśmy rady tego zrobić. Trzy dodatkowe koce nie są przystosowane do górskich trekkingów, są ciężkie i wielkie. Poza tym co jak co, bez niego nasze plecaki to by była masakra. Poza tym to było nasze marzenie kupić osła i przejść z nim Andy . Cała ta droga, chociaż ciężka, dostarcza nam dużo radości. Wobec czego zmieniliśmy już jakiś czas temu nasz plan. W takim tempie dotarcie do Machu Picchu zajęło by nam wieczność, a nie mamy czasu bez końca. Główny plan teraz to przekroczyć Andy, zejść na wysokość ok 3 tysięcy i tam szukać kupca na Paksa, dalej pojechać zwykła komunikacją.

W nocy budzi nas znajomy dźwięk. Płatki śniegu uderzają o nasz namiot. Nasza pierwsza myśl:”PAKS!”. Co możemy zrobić, żeby go trochę ochronić? Mamy plandekę, moglibyśmy zrobić dach, ale nie ma tego o co zaczepić, nie ma tu żadnych drzew, ani nic. Krzysiek zakłada mu jeden kocyk z jego carony i na to plandekę. Pomysł kiepski, ale jedyny jaki mamy. Za chwilę przypomina mi się, że nieco niżej widziałam skalny daszek. Jupi! To jest to. Paks jest osłonięty całkowicie od śniegu i jego trawka również. Już trochę spokojniejsi…zasypiamy.

CIĄG DALSZY NASTĄPI
DZIEŃ 8
Koszmarny dzień. Jest zimno, wszędzie biało. Generalnie widoki piękne, ale dużo rzeczy, które w namiocie leżały przy ściankach nam zmokły i zamarzły. Dobrze, że dzień wcześniej obczailiśmy gdzie prowadzi ścieżka, bo dzisiaj gdy wszystko pokryte jest śniegiem kompletnie jej nie widać.
Jemy na śniadanie resztki papki rybnej. Musimy się dzisiaj sprężyć żeby dotrzeć do Culipampy. Wdycham Krzyśka lek na astmę, żeby lepiej mi się oddychało.
Po drodze gubimy ścieżkę. Z nieba spada nam koleś na koniu i dzięki niemu idziemy dobrze. Znów czeka nas przeprawa przez rzekę. Ponoć osły mają z tym problemy, bardzo się boją i nie chcą przechodzić. Na szczęście nasz Paksio się nie boi i przechodzi dzielnie.
Cholernie ciężka droga. Jesteśmy zmęczeni na maksa i wciąż gubimy drogę, które momentami jest praktycznie niewidoczna.
Znacie to uczucie w górach, kiedy wydaje Wam się że tuż za rogiem, zaraz za pagórkiem jest nasz cel, a tam ciągle nic ? Mieliśmy tak cały czas. Wydawało nam się, że za tą górą to już musi być Culipampa, a tam… kolejna góra. Gościu na koniu powiedział, że jeszcze 3 godziny do Culipampy. Dwie godziny później spotykamy innego kolesia który mówi to samo! Droga ciągnęła się w nieskończoność. Pocieszała nas myśl, że ponoć Culipampa to jakaś większa wiocha. Są restautacje, sklepy, hotele. Może będzie ciepła woda pod prysznicem? A jak nie będzie to i tak sobie podgrzejemy i będzie ok.
Witajcie w Culipampie, w końcu wita nas upragniony napis. Tylko czemu jest tak ciemno??? No tak, nie ma elektryczności. Żegnaj ciepła wodo, żegnajcie naładowane baterie. Niektóre domki mają światło dzięki panelom słonecznym. Pukamy do jakiejś chałupy, bo widzimy na niej napis „hospedaje”. Pani zaprowadza nas do naszego pokoju. Mają panele, więc mamy światło. Ale to wszystko. Nie ma żadnej łazienki, nie ma bieżącej wody, jest tylko latryna na zewnątrz. Chociaż nie jest jeszcze tak późno, wszystkie sklepy, restauracja są zamknięte. Głodówki ciąg dalszy. Jest niesamowicie zimno! Wioska jest na ok 4700 m n.p.m. Jak ludzie tutaj żyją bez ogrzewania? Na czym gotują jeśli nie ma tu drewna?
Mamy wrażenie, że nigdy nie zaśniemy bo pod tyloma kocami telepiemy się z zimna. A tak bardzo chcemy szybko zasnąć, marzymy już o śniadaniu!

DZIEŃ 9

Mamy pecha.
Kupujemy bułki, jajka i kakao. Ślinka cieknie na myśl o jajecznicy. Co się dzieje? Jeden z najważniejszych sprzętów w naszym ekwipunku – kuchenka – się zepsuła. Krzysiek cały ranek majstruje przy niej, ale bezskutecznie. Jemy suche bułki i kakao w proszku. Ja w tym czasie odpalam komputer, próbując uratować zdjęcia. Chyba zepsuła nam się jedyna karta z aparatu. Masa zdjęć jest jakaś pocięta i nie do odczytania. Nie jestem w stanie sprawdzić tych zdjęć na kompie bo psuje nam się czytnik. Dlaczego wszystko naraz?
Straszna bieda tu z jedzeniem dla Paksa. Pustynia. Coś tam skubie, ale podejrzewamy że to za mało dla pracującego osła. Na szczęście w sklepie są marchewki. Przed nami nadal kawał drogi do miejsca w którym chcemy sprzedać Paksa, czyli do Oropesy. To jest ponad 100 km. Nie chcemy go sprzedawać tutaj, bo noce na prawie 5 tyś są strasznie zimne, Paks nie jest do tego przyzwyczajony.
Zostajemy dzisiaj w Culipampie. Bardzo boli mnie kostka u stopy. Spuchła, boli tak mocno że ciężko mi siedzieć, nie mówiąc już o chodzeniu.
Babulka, właścicielka hostelu w którym śpimy, przychodzi zapytać nas czy zostajemy dłużej. Pyta skąd jesteśmy, mówi że ma mapę świata i zaraz pobiegnie zobaczyć gdzie jest Polska. Ludziom się wydaje, że w całej Europie mówi się po angielsku. Jak rozmawiamy po polsku ze sobą to nam mówią, że nic nas nie rozumieją bo nie znają angielskiego, dziwią się gdy im mówimy że rozmawiamy po polsku . Udaje mi się stargować cenę i początkowa cena za osobę za noc staje się ceną za dwie osoby. Płacimy grosze.
Popołudniu idziemy do jedynej restauracji tutaj i cieszymy się jak dzieci, że jest obiad! Przepyszna zupa z quinua. U nas praktycznie ta kasza jest niedostępna lub bardzo droga. Tutaj jest strasznie popularna. Pani przynosi nam wielki termos z gorącą wodą, opijamy się herbatą i kawą. Rozpiera nas szczęście
Później przychodzi do nas znów właścicielka hotelu i proponuje nam, że możemy kupić u niej jedzenie dla Paksa. Paks dostaje więc owies i jakieś resztki warzyw.
Pan sklepikarz opowiada nam, że maksimum raz do roku zagląda tu jakiś turysta, przede wszystkim na rowerze. Pierwszy raz goszczą turystów którzy przyszli na piechotę i z osiołkiem.
Jutro wyruszamy do wioski Huacullo, położenej 100 metrów niżej niż Culipampa. Tam chcemy zasięgnąć informacji co robimy dalej, jedyne mapy jakie mamy to mapy amerykańskiego rowerzysty. Ale on dalej pojechał drogą którą my nie chcemy, musimy więc dopytać ludzi jak wygląda ścieżka w kierunku Oropesy którą chcemy iść. Czy w ogóle jakaś jest.

DZIEŃ 10

Wszystko się komplikuje.
Mieliśmy plan iść do wioski Huacullo, a później do Oropesy.

Problem 1 – przez 100 km nie ma żadnych wiosek, a nie działa nam kuchenka, co więc mamy jesć.
Problem 2 – Moja kostka mocno napuchła, nie jest lepiej, jest jeszcze gorzej.

Wpadamy na pomysł, że pojedziemy busem do Antabamby, miasteczka położonego ok 100 km stąd. Spróbujemy naprawić tam kuchenkę i moją nogę, bo ponoć jest tam szpital. Właścicielka mówi nam, że jeżdżą stąd busy do Antabamby. Pakujemy więc część rzeczy, resztę zostawiamy tutaj. Osiołek zostaje pod opieką właścicielki, kupujemy mu wyżywienie na dwa dni, które ma mu dawać babulka. Siedzimy więc na krawężniku i czekamy na busa. Nieznana jest godzina jego przyjazdu. Podchodzi do nas sklepikarz, o imieniu Pio. Mówimy mu że czekamy na busa „na busa? Możecie czekać nawet i rok i i tak nie przyjedzie. Tutaj nie ma żadnych busów”. Cholera jasna! Co teraz z nami? W obecnej sytuacji mam problem przejść kilka kroków, nie dam rady iść dalej. Pio mówi, że możemy pytać kierowców ciężarówek, ponoć jeżdżą, a właścicielka twierdzi że wszyscy jadą w innym kierunku. Ale widać, że jest słabo zorientowana, skoro myślała że jeżdżą tu busy.
Cieszymy się, że tu trafiliśmy bo dzisiaj mieliśmy unikalną okazję dowiedzieć się gdzie jest piekło i jaka temperatura tam panuje. Wbrew pozorom to nie jest Culipampa, a miejsce 14 km pod powierzchnią ziemi o temperaturze 2 tys stopni C, gdzie słychać lamenty i krzyki :D:D:D. Właścicielka nie wiedząc czemu, obdarowała nas ulotką na ten temat .
Jesteśmy zaskoczeni tutejszą restauracją. Ta wiocha jest straszną dziurą, a jednak mogliśmy dzisiaj zjeść tak pyszny obiad jakiego od dawna nie jedliśmy: smażony pstrąg z ryżem, surówką, puree ziemniaczanym i batatami.
Właścicielka hospedaje za każdym razem gdy osioł zawyje, biegnie do niego i przepina go w inne miejsce. Twierdzi, że osioł jest głodny, a tej trawki jeść nie chce. Hmm my mamy teorię że po 2 wielkich workach owsu, 1kg marchewek, pół kilo ciastek w kształcie zwierzątek i kilku bułkach stwierdził, że w dupie ma obryzanie tej biednej trawki, poczeka aż my przyjdziemy i damy mu coś konkretnego
Przez cały dzień przyjeżdżają tylko dwie ciężarówki i w odwrotnym kierunku. Chyba utknęliśmy w tej andyjskiej wiosce już na zawsze…

DZIEŃ 11

Idziemy z rana do Paksa, zobaczyć czy wszystko ok. Właścicielka właśnie szła przepiąć go w inne miejsce Podejrzewamy, że robi to bo ma jakąś misje i boi się piekła. No nieważne myśli o nim. Wracamy do pokoju, a przed nim stoi ciężarówka z ludzmi na pace. Kierowca jedzie do wioski Huacullo, czyli tej oddalonej o jakieś 8 km stąd do której chcieliśmy początkowo dotrzeć. Dobrze, ze jesteśmy spakowani, wskakujemy na pakę. Tam 4 ludzi poprzykrywana kocami. Chyba jechali całą noc. Kobieta z dzieckiem, które patrzy na nas całą drogę, dwie babuleńki i dziadek w czapce z napisem Peru, który gdy tylko nie patrzymy to nie spuszcza z nas wzroku. Ciężko tutaj o darmowy stop, musimy zapłacić. Niewiele jednak, grosze jakieś. Huacullo jest nieco większa od Culipampy. Pytamy ludzi o ciężarówki do Antabamby, każą nam iść do jakiegoś budynku u wylotu z wioski. Nie wiemy co to jest, ale związane z futrem alpak. Są jakieś wagi i worki z futrem. W środku stoi motocykl z którego strasznie głośno gra muzyka, mimo to przebija się dziecięcy płacz. Wygląda to wszystko na punkt kontroli, biuro, sklep, dom, magazyn w jednym. Idę do sklepy w głębi, a tam oprócz lady z produktami spożywczymi jest piętrowe łóżko na którym płaczą dzieci i jedno łóżko na którym jest niemowlak. W końcu z zewnątrz przychodzi jakiś facet i pozbawia nas złudzeń „nie ma żadnych ciężarówek do Antabamby, czasami jakaś jedzie, ale bardzo rzadko” Dowiadujemy się, że będzie nam dużo prościej znaleźć ciężarówkę do Qunioty. Nie nasz kierunek, ale chyba nie mamy wyjścia. Siadamy na placu głównym i jemy śniadanie. Nie kończymy już bo facet który nas tu przywiózł krzyczy do nas „ta ciężarówka jedzie do Antabamby!”. Zatrzymuje ją i gada z kierowcą. „wskakujcie!” krzyczy do nas kierowca. Co za szczęście! W dodatku zamiast na pace jedziemy wygodnie w kabinie. Załamujemy się trochę gdy kierowca Rodolfo mówi nam że do Antabamby mamy 7 godzin drogi (100 km!). Dowiadujemy się od kierowcy, że alpaki są cenniejsze niż lamy. Futro lam na niewiele się zdaje. Generalnie te zwierzęta prowadzą tu sielskie życie, biegając na wolności i skubiąc trawkę całymi dniami. W końcu przychodzi ich właściciel z nożem, który rozpoznaje je po kolorowych wstążkach na uszach i podcina im gardła… taki żywot.
Pytamy go jak oni ogrzewają swoje domy „no mamy koce” no tak, myślałam, że może jednak jakoś… Jednak nie wydaje się być nieszczęśliwy że tutaj mieszka. Wręcz przeciwnie. Po drodze Rodolfo zasypia nam prawie za kierownicą. Prosi Krzyśka, żeby poprowadził. Tak oto Krzysiek staje się na kilka godzin kierowcą peruwiańskiej ciężarówki . Rodolfo siada koło mnie, zakrywa się kowbojskim kapeluszem i idzie spać. Droga jest w koszmarnym stanie, czasami brakuje jej kawałków i jest przepaść. Jedziemy 10-15 km/h. W przypływie szaleństwa Krzysiek wbija 3 bieg. Mimo to prowadzi mu się całkiem dobrze. Po paru godzinach zmiana. Pod koniec Rodolfo bierze jeszcze paru miejscowych na pakę. Zastanawiamy się ile nas skasuje za taką długą jazdę, nie mamy złudzeń że nic.
Pod koniec Rodolfo zasypia i prawie zjeżdża z drogi. „mówcie do mnie, mówcie coś” prosi nas. Po 7 godzinach tematy się skończyły. Gadamy straszne pierdoły. Krzysiek opowiada o tym że psy w Polsce pracują z policją, a świnie znajdują grzyby . Docieramy cało i zdrowo. Antabamba w porównaniu z wioskami które ostatnio widujemy to całkiem spore miasteczko. Ludzie z paki płacą kierowcy i my też musimy. I to wcale nie mało. Tyle samo albo troszkę mniej niż taryfa autobusowa na podobnej trasie.
Znajdujemy hotel zaraz koło szpitala i najpierw kierujemy się do niego. Wszystkim cieszą się japy gdy słuchają naszej historii. Nie możemy odejść od rejestracji bo ciągle nas zagadują. Później wizyta u pielęgniarki, mierzenie temperatury i ciśnienia i znów masa pytań, opowiadanie skąd idziemy gdzie co jak/ W kolejce do lekarza poznajemy uroczą babcie. Mówi nam że średnio umie rozmawiać w castellano, jej język to quechua. Opowiada nam że 4 miesiące temu zmarł jej mąż. Cały czas nas żałuje, że tacy biedni jesteśmy. Że ja taka biedna, że noga mnie boli, że tacy biedni że tyle chodzimy i tacy biedni że do Culipampy jedziemy a tam tak zimno. Jakbym słyszała moją Babcie
Młody lekarz ma również uśmiech od ucha do ucha. Najpierw gdy wychodzi i próbuje przywołać mnie mówiąc moje imię i nazwisko Też trzyma nas w gabinecie i każe opowiadać sobie wszystko Jest strasznie sympatyczny. Mówi że z moją nogą to nic poważnego, ale muszę dzisiaj przyjąć zastrzyk, później przez 4 dni brać tabletki, założyć bandaż i nie chodzić!
Po zastrzyku jest mi zdecydowanie lepiej. Nie wiemy jednak co robić dalej, bo na drugi dzień Rodolfo wraca do Huacullo. Nastawiamy się na niezbyt przyjemną opcję, że ja zostaje tutaj z większością naszych rzeczy. Krzysiek wraca z Rodolfo, bierze osioła z Culipampy i na piechotę z małym tylko bagażem wraca do mnie.
Póki co korzystamy z uroków cywilizacji. Prysznic z ciepłą wodą, ładowanie baterii, internet, telefon. Na necie tłumy, wszystko oczy skierowane w nas gdy wchodzimy. Szlag mnie trafia bo siedzę na necie i czuję jak mi ktoś sapie do uszu. Odwracam się a tam dwóch gówniarzy, prawie nam mnie włazi żeby zaglądać co robię. Niektóre dziewczynki perfidnie wpychały głowy między mnie a komputer, masakra
Zasypiamy z głowami pełnymi myśli co robić jutro.

DZIEŃ 12

Decyduje się pojechać z Krzyśkiem i kontynuować wędrówkę. Czuję dużą poprawę jeśli chodzi o nogę i nastawiam się pozytywnie. Nie udało nam się naprawić kuchenki, kupujemy więc trochę suchego prowiantu. Rodolfo miał wracać po 12, czekamy na niego i na obiad bo w jednej knajpie podają dzisiaj mięso z alpaki które chcemy spróbować. W międzyczasie przybiega do nas jakaś kobieta i mówi, żebyśmy przyszli do niej na obiad, że idzie właśnie robić. Mówimy jej że nie mamy zbytnio czasu bo zaraz południe i ma być ciężarówka, „tak szybciutko, tylko ziemniaczki chociaż, poczekajcie!” krzyczy już w biegu do domu. Później co chwila zagląda na nas czy czekamy. W tym czasie słyszmy trąbienie, Krzysiek biegnie zobaczyć czy to Rodolfo. Uff przyjechał, jedziemy za godzinę.

Wizyta u kobiety na ziemniakach jest co najmniej dziwna. Siadamy przed jej chałupą, ona daje nam szbanek gorącej rumiankowej herbaty i garnek ziemniaków. Najdziwniejsze jest to, że podczas gdy my jemy i pijemy ona siedzi w środku w domu, zamiast z nami. Zjedliśmy, wypiliśmy, zaglądamy do środka a ona siedzi przy stole. Dziękujemy jej za poczęstunek i się z nią żegnamy. Kobieta wygląda na szczęśliwą, prosi nas że jak będziemy znowu w Antabambie (zostawiliśmy tutaj sporo rzeczy w hotelu, żeby mieć lżejsze plecaki, musimy więc wrócić) to żeb yśmy koniecznie do niej przyszli. Kobieta gada jak nakręcona „ale proszę przyjdźcie na pewno, ale przyjdziecie tak? Proszę przyjdźcie!”. Dziwacznie:D
Idziemy jeszcze szybko spróbować tego mięsa z alpaki chociaż jesteśmy strasznie najedzeni tymi ziemniakami. Mięso jak na ich sposób podawania (kawał kości) i przyżądzania (średnio wysmażone) jest bardzo dobre. Najedzeni i napojeni biegniemy do ciężarówki. Cała pełna jest paczek z owsem, a na samiutkiej górze siedzą ludzie „szybko, wskakujcie na górę!” lrzyczy do nas Rodolfo. Dobrze żę z moją nogą trochę lepiej, chociaż i tak ciężko mi tam wejść.
9 dorosłych, 2-3 letnie dziecko, 3 miesięczne niemowle i dwa kurczaki. Tyle nas było na górze. Rodolfo krzyczy do nas że mamy przejść do przodu, tam z paczek owsu ułożona jest dziura w kształcie kwadratu. Krzyczy że mamy wejść do środka co generalnie jest niemożliwe, bo nie jest tak duże a w środku siedzą już dwie spore kobiety, dziecko i jedna młoda dziewczyna z niemowlakiem na plecach (chociaż o tym dowiedzieliśmy się dopiero po którejś godzinie jazdy, wcześniej myślelismy że jakiś bagaś jej tam wisi). Ja najpierw jakoś wściskam się do środka, ale boli mnie noga, siadam więc na skraju trzymając się Krzyśka i sznurów. Ruszamy!
Kobiety rozmawiają ze sobą w quechua więc nic nie rozumiemy. Na początku jedzie się całkiem dobrze, bo i owiec trzyma się nieźle, słońce świeci, jest ciepło, a widoki…zapierają dech. Z tej perspektywy każdy zakręt wywołuje szybsze bicie serca. Po jakiejś godzinie wszystko się zaczyna luzować, co chwile spada jakaś paczka z owsem, trzęsie jak cholera. W końcu jedna z kobiet wysiada i robi się więcej miejsca w kwadracie. Starsza baba prosi Krzyśka żeby przeszedł do tyłu tam gdzie siedzą faceci, po to by za chwile wcisnąć tam karton z kurczakami. Wysiadają faceci, szybko więc wykorzystujemy okazję żeby skoczyć w krzako-toaletę. Ledwo wspinam się na górę, a kierwoca rusza nie czekają aż wrócę do kwadratu. On rusza ja przyjmuję pozycję pająka trzymając się kurczowo wszystkiego by nie spaść! Jakoś doczołguje się do kwadratu i depcze trochę po kurczakach które teraz zajmują tutaj sporo miejsca. Baba się na mnie drze, że mam uważać na jej kurczaki, ja się na nią drę że mam je w gdzieś, że i tak zaraz je zabije a ja chcę żyć! Jest ciężko, rzuca nas na wszystkie strony, owies ledwo się trzyma. Przyjęłam jakąś pozycję w kwadracie, ale wszystkie mięśnie napięte, muszę się mocno trzymać żeby nie wylecieć, nie ma miejsca bo zasrane kurczaki muszą być w kwadracie! Wbijam się w nie kolanem, baba na chama pcha moje kolano bo trzeba uważać na jej kurczaki, ja się na nią drę że cholera jasna nie mogę się ruszyć przez te jej zasrane kurczaki! Mało brakowało, a bym je po prostu stąd wywaliła. Krzysiek krzyczy do baby, czemu te kurczaki nie mogą być z bagażami, „nie, bo one wypadną” piszczy baba, Krzysiek zabiera karton i przywiązuje je na górze. Jest spokój Płaczemy ze śmiechu na wspomnienie tej historii .
Robi się zimno. Nie możemy dojść do tego, czemu mężczyźni siedzą w ciepłej kabinie, a kobiety z dziećmi na górze, gdzie jest niewygodnie, niebezpiecznie, zimno, wieje…chyba tylko nas to dziwi…
Kobiety czasami coś do nas zagadują, przede wszystkim ta młoda. Pyta nas gdzie jedziemy , „do Huacullo? Ale ta ciężarówka tam dzisiaj nie jedzie. On jedzie rozładować samochód jakieś 2 h drogi od Huacullo i dopiero jutro wraca” tłumaczy nam ta młoda o imieniu Elizabet. Krew w nas buzuje. Czy to prawda?
Gdy zatrzymujemy się bo znów ktoś wysiada pytamy Rodolfa czy jedziemy do Huacullo.
Rodolfo: tak, jedziemy do Huacullo
My: ale dzisiaj tak?
R: Nie wydaje mi się. Trzeba rozładować samochód. Raczej jutro rano pojedziemy.

W tym momencie obydwoje zaczynamy się do niego drzeć, że nic nie mówił że dzisiaj tam nie dotrzemy, że co z nami, gdzie mamy spać.

R: w samochodzie – brzmi jego odpowiedź
My drżemy się nadal, że jest zimno, ze nie mamy żadnych koców, że chyba go posrało!

W końcu nie wiemy dalej nic. Kolejne osoby wysiadają po drodze, między innymi zasrane kurczaki. Przez chwilę jedziemy już tylko my dwoje z Elizabet i jej córeczką. W końcu zwalnia się dla niej miejsce w kabinie, więc już tylko my telepiemy się z zimna, przytuleni, wciśnięci w owies i poprzykrywani jakimiś workami żeby było cieplej. Jest już ciemno, jedziemy dobrycg 6 godzin. W końcu ciężarówka się zatrzymuje. Rodolfo mówi nam żebyśmy poszli teraz z Elizabet do jej domu się zagrzać, a oni pojadą rozłądować ciężarówkę niedaleko stąd, wrócą po nas i jedziemy jeszcze dzisiaj do Huacullo. Czyżby się przestraszył że mu nie zapłacimy? Oj nie dałabym mu ani sola.
Elizabet prosi nas o pomoc w przenoszeniu jej rzeczy. Daje nam 2 leciutkie torebki, a sama pakuje wielki wór, chyba z cukrem do chusty, dziecko przerzuca do przeodu, wór ładuje na plecy i idziemy. A my stoimy z opuszczonymi szczękami. Ok 100 metrów od drogi jest dom Elizabet. Generalnie ona mieszka w Antabambie, tutaj mają zwierzęta i przyjeżdżają tu na kilka dni je doglądać. Raz ona, raz któreś z jej licznego rodzeństwa. Chata zbudowana jest z kamienia i ma maluśkie drzwi jakby dla liliputów. Otwiera je i buchają w nas kłęby dymu. „Co to pożar?” myślimy sobie, ale ona spokojna zaprasza nas do środka. Po prostu w środku pali się ogień. Ogrzewa chatę i słuzy za kuchenkę. Jest jeden problem, nie ma komina. Dusimy się od tego dymu, oczy łzawią, ciężko oddychać. Nie możemy pojąć jak ona może tu siedzieć z 3 miesięcznym dzieckiem??? To nic że siedzieć, to dziecko będzie w tym dymie spało i mieszkało przez kolejne dni! Pytamy co to jest to co wygląda jak węgiel i daje ogień „kupy alpaki” odpowiada dziewczyna. Nachodzi nas genialna myśl, że my też będziemy gotować na kupach alpaki! Bo wszędzie jej pełno, a nie mamy kuchenki. Eli pokazuje nam także jak uzyskać światło (oczywiście nie ma w chacie światła, prądu, wody, nawet kibla na zewnątrz). Na talerzyku ma tłuszcz alpaki. Wyciąga z ognia kawałek zbitej kupy alpaki, wsadza do tłuszczy i podpala. No i mamy świeczkę! Wsadza czajnik z herbatą do żaru z kup i za chwilę pijemy gorącą herbatę rumiankową. Niezwykła wizyta. Bardzo miło się rozmawia pomimo duszącego dymu. Pół godziny później słyszmy klakson, Rodolfo po nas wrócił. Zwolniło się miejsce w kabinie, jedno wprawdzie, więc siedzę Krzyśkowi na kolanach i co chwilę walę głową w sufit. Nieważne, jest ciepło. Rodolfo zaśmiewa się z nas, że pojechaliśmy do Antabamby na jedną noc, musimy wrócić do Culipampy bo zostawiliśmy tam rzeczy i osła, potem chcemy iść na piechotę do Oropesy, stamtąd musimy pojechać do Abancay bo do Antabamby autobusów nie ma i wrócić się do Antabamby bo tam też zostawilismy rzeczy no cóż, może trochę to skomplikowane . Po ok 2 godzinach docieramy do Huacullo. Jest już 22:30. Wysiadamy pod hospedaje, tam wychodzi jakaś baba którą pytamy o pokój. Podaje nam cenę 13 soli za łóżko co jest mega drogo!. W Culipampie płaciliśmy 3 sole za łóżko, a w Antabambie 15, ale z prądem, światłem, ciepłą wodą, a tutaj nie ma nic! Baba nie chce spuścić ceny, pomimo tego że mówimy jej że wiemy że nas oszukuje i że to nie jest fair. Zastanawiamy się czy dać jej ulotkę mówiącą że piekło istnieje. Nie mamy zbytnio wyjścia. Jesteśmy zmęczeni podróżą, jest ciemno, zimno, a to prawdopodobnie jedyne hospedaje tutaj!

MY: no dobra, bierzemy jedno łóżko
Baba: ale w pokoju są dwa łóżka, musicie zapłacić za dwa

Co za cholerny babsztyl! Już nie mamy siły, bierzemy, chcemy spać. W pokoju kartka że światło tylko przez godzinę. I to godzinę ustaloną przez nich i nie wiadomo jaka to jest. Po 15 minutach więc światło gaśnie, dobrze że chociaż jest świeczka. Okazuje się że zostawiliśmy czołówkę w Antabambie. Jesteśmy więc bez żadnej latarki, nie możemy pojąć jak to się stało. Owies mamy wszędzie, kłuje, ciężko się go pozbyć. I tak zasypiamy jak dzieci
DZIEŃ 13

Rano siadamy przy ulicy i czekamy na jakiś samochód do Culipampy, chcemy już z powrotem swojego osiołka. Przychodzi jakiś koleś sobie pogadać. 5 minut później wraca na motocyklu i krzyczy do nas „wskakujcie! Zawiozę was do Culipampy!”. Jedziemy więc w trójkę na jednym motocyklu i przez całą drogę gadamy. Eriberto pochodzi z Abancay, miasta o jakieś 250 km stąd, a tutaj od 10 lat zajmuje się jakimś projektem wolontariackim. Pomagają hodowcom alpak. Po drodze mijamy laguny z flamingami. O dziwo koleś nie chce od nas ani sola za podwiezienie.
W Culipampie pierwsze co biegniemy do sklepu po marchewki. Właścicielka znów przepięła Paksa w cholerę daleko i właśnie po niego poszła. Mamy tylko nadzieję, że kasa którą jej daliśmy na owies, naprawdę na to poszła. Właścicielka nie omieszkała powiedzieć że dała mu też dziś rano, więc musimy jeszcze dopłacić. Niech jej będzie.
Idziemy do naszego ulubionego sklepikarza Pio po kolejne marchewki i siadamy razem z nim, Paksem i dwoma kolesiami przed sklepem i gadamy. W końcu ruszamy w drogę z Paksem do Huacullo. Tylko 8 km i po płaskim lub lekko w dół. W Huacullo znów dzięki pomocy Eriberta kupujemy 20 kilo owsu dla Paksa! Szaleństwo! Paks piszczy jak szalony jak widzi Krzyśka idącego do niego z tym. Okazuje się że właścicielka sporo sobie liczyła za ten swój owies, bo tą wielką pakę kupujemy za grosze. Paks ma całą noc jedzenia. Jutro ruszamy do Oropesy.
Paks ma owies, a my zajadamy się tutaj specjalnościami regionu czyli pstrągami i alpakami. W Antabambie czekaliśmy specjalnie żeby spróbować mięsa alpaki, a to mięso jest tutaj bardziej popularne niż każde inne i za grosze. Kupujemy jakąś badziewną czołówkę za 10 zł, bo jakoś nie wyobrażamy sobie trekkingu bez światła.
Wszyscy już nas tutaj znają. Jakiś facet pyta Krzyśka idącego z owsem jak tam z Marzeny nogą. Śmieszne bo Krzysiek nawet nie wie kto to

DZIEŃ 14

Zostajemy jeszcze jedną noc w Huacullo. Powód? Moja noga po wczorajszych 8 km znów napuchła i boli. Krzysiek zarządził dzień odpoczynku. Po drugie nawet taki żarłok jak Paks nie był w stanie przejeść tego owsu, dajemy mu więc jeszcze trochę czasu żeby tego później nie nosić.

ŚNIADANIE PERUWIAŃSKIE: ROSÓŁ Z PSTRĄGA
Rosołek, w środku pół ryby, osobno na talerzy ziemniaki i bułki. Pychota

Dzisiaj przeprowadziliśmy test gotowania na kupach alpak. Poszliśmy na łąkę, ze znalezieniem kup nie ma żadnych problemów. Na szczęście alpaki chodzą w grupach i kupę też robią razem w jednym miejscu . Pozbieraliśmy je do woreczka i poszliśmy z nimi koło hotelu. Ponoć ciężko je rozpalić, ale za pomocą benzyny poszło błyskawicznie. Gotujemy jajka na twardo. Idzie nam szybko i sprawnie jak na pierwszy raz. Oczywiście towarzyszą nam dzieciaki, które zawsze są wtedy kiedy ich najmniej chcemy i dają milion rad np. że możemy dodać kartony do tego to się będzie lepiej palić, a skąd my drogie dzieci weźmiemy później w trasie kartony?
Popołudniu idę nad strumyk zrobić pranie. Przychodzą tutaj prać wszystkie kobiety z wioski. Zaraz jakaś się do mnie przyczepia i muszę opowiadać wszystko od początku.
Uwielbiamy rozmawiać z miejscowymi, ale też nie wszystkimi. Każdy jest nas ciekawy, rozumiemy to, ale jest różnica między zwykła sympatyczną rozmową, a wścibskimi wiejskimi babami, które tylko szukają tematów do plotkowania i pośmiania się.

Jutro wyruszamy. Jesteśmy pełni obaw jak dam sobie radę z tą nogą. Czy nie utkniemy gdzieś przez to pośrodku niczego? Ciągle puchnie, ciągle boli, a do przejścia ok 100 km…

DZIEŃ 15
Wyruszamy.
Krzysiek znalazł mi jakiś metalowy pręt więc podtrzymuje się nim. Jakoś daje radę. Kostka boli, ale jest lepiej. Muszę tylko bardzo uważać jak i gdzie stawiam stopę. Obniżamy się o 400 metrów, oddycha się zdecydowanie lepiej. Dochodzimy do jakiejś wioski (w sumie ciężko to nazwać wioską, 3 domy na krzyż) o nazwie Yumire. Pytamy o wody termalne, bo słyszeliśmy że tutaj są i o ziemniaki. Pani daje nam siateczkę za darmo. 5 minut od domów są wody termalne. Jeden basen na świeżym powietrzu wyłożony cementem, dookoła mnóstwo gorących strumyków. Rozbijamy tam namiot, ziemia jest gorąca. Pierwszy raz w życiu mamy podgrzewaną podłogę w namiocie, dzięki czemu w środku mamy gorąco jak w lecie na nizinach!. Zamierzamy się wykąpać z rana, już nie możemy się doczekać.

DZIEŃ 16
Takie piękne miejsce, szkoda by było nie zostać tu jeden dzień. Napełniamy basen termalną wodą i korzystamy z uroków gorącej wody. Gotujemy wodę i makaron na odchodach alpak. Strasznie to czasochłonne i trzeba dmuchać co chwile jak nie ma wiatru. Wpadamy na inny pomysł i wrzucamy ziemniaki i jajka do wody termalnej, a nuż się ugotują
Cały ranek mieliśmy termy tylko dla siebie. Później przyszła para z dzieckiem i koniem i siedzieli tam dobrych parę godzin. Myli się, prali itp. Przegoniło ich dopiero dwóch kolesi z wiochy nieopodal. Najpierw jednak podeszli do nas sobie pogadać. Jeden z gościu powiedział nam że dalej droga jest bardzo niebezpieczna, a ponadto musimy uważać na dzikie ludy które mogą dmuchać w nas zatrutymi strzałkami. On oczywiście może zostać naszym przewodnikiem. Dawno już nie słyszeliśmy takich bzdur, obydwoje go wyśmiewamy. Stwierdzili również, że do Oropesy to zajdziemy w 2 dni. Zastanawiamy się, czy któryś z tych cwaniaków co tak mówią, kiedykolwiek poszli tą drogą na piechotę. To jest ponad 100 km, a to oznacza według nich 50 km dziennie. Oczywiście mogło to by być możliwe, ale musielibyśmy naprawdę zapieprzać, iść w nocy, bez osła, bez bagaży, ze zdrową nogą. I tak już nikomu nie wierzymy z czasami przejść. No więc oni przeganiają z basenu rodzinę. Przyszli się tu umyć i wyprać rzeczy. Wszyscy tu po to przychodzą. Jeśli mają w domu wodę, to tylko zimną. Rodzina odchodząc daje nam siateczkę ciepłych jeszcze ziemniaków. Nie wiemy o co chodzi z tym obdarowywaniem nas ziemniakami Przy okazji dowiadujemy się że w tej 3 domowej wiosce jest sklep! A my dobrych parę godzin gotujemy wodę, żeby mieć co pić na drugi dzień! W końcu basen pustoszeje. Krzysiek idzie do sklepu ja opróżniam basen z brudnej wody. Cholera jasna ! W oddali widzę idącą tu babuleńkę, podchodzi do mnie i pyta czy zamierzam się kąpać „tak, opróżniam basen żeby napełnić jeszcze raz i idziemy się kąpać” odpowiadam jej. Przychodzi Krzysiek z zakupami i świeżą dostawą odchodów alpaki . Odchodzę do niego, babuleńka już się rozbiera. Wchodzi do wody z piersiami na wierchu i rozłożystej zielonej spódnicy. Za chwilę dołącza do niej prawdopodobnie jej wnuk. Słońce zachodzi. Chyba wykąpiemy się dopiero jutro rano. W końcu sobie idą. Znów opróżniamy basen i zatykamy żeby napełnił się na rano. A tutaj … Jakiś facet z babą naubierani jak bałwany. Facet krzyczy:”kąpiemy się!” i ściągają ciuchy. Ma ze sobą przenośne radyjko. Za chwile widzimy jak z góry schodzą 3 osoby, za nimi kolejne 3. Nie wiemy ile w końcu zebrało się ludzi nad basenem, ale głosów w cholerę. Dzieci i dorośli, wszyscy się drą. Muzyka gra na fula. I to nasza ulubiona peruwiańska gwiazda która wszystkie piosenki ma takie same. Ta muzyka doprowadza nas do szału. Chyba wszyscy siedzą w tym basenie i imprezują. Na zewnątrz jest zimno. Paks jest gdzieś koło nich, nie jesteśmy zbyt zadowoleni. Jak długo to potrwa?
Na szczęście w końcu wszystko milknie, sprawdzamy czy nic nam nie zginęło i czy Paks ma się ok i w końcu możemy zasnąć.

DZIEŃ 17
Budzimy się z samego rana. Krzysiek idzie szybko zatkać kurek od basenu, żebyśmy mieli wodę na dzień dobry i na do widzenia. A tu niespodzianka, jakaś para śpi nieopodal na gorących skałach, za chwile przyjeżdża samochód. Jest 6 rano, niedziela! Na szczęście samochód zabiera tamtą dwójkę, a my z radością wskakujemy do gorącego basenu. Zamierzamy wyjść gdy słońce wyjdzie zza gór. Po jakimś czasie słyszymy nadjeżdżający samochód, wysiada z niego banda ludzi i idą w kierunku basenu. Chyba ta sama imprezowa ekipa, między innymi gościu który chciał zostać naszym przewodnikiem. Zbierają się dookoła nas. Jedni się gapią, inni chichrają a pan przewodnik coś do nas gada. Jestem tak wściekła na nich, że szybko kończę z nim gadkę i zaczynam rozmawiać z Krzyśkiem. Chwile jeszcze stoją i się gapią, w końcu odchodzą. Słońce już się pojawiło więc wychodzimy i idziemy składać namiot. Za jakiś czas przychodzi do nas pan przewodnik i mówi że musimy zapłacić po solu, że to jest opłata za wstęp dla wioski, bo oni jutro tu przyjdą sprzątać. O nie! Źle koleś trafił! Mówię mu że tu nie ma żadnych wstępów, żeby nie wymyślał bzdur i że my po sobie posprzątaliśmy. Nie omieszkał więc powiedzieć, że nasz osioł tutaj sra i oni będą musieli to sprzątać. Ależ mnie wkurzył! To jest wolny teren, przychodzą tu i srają stada alpak, lam, krów, psów i wszystkiego! Zresztą sami posprzątaliśmy kupy alpak dookoła basenu na których gotowaliśmy Nie chodziło o tego sola, bo to mało, ale o sam fakt. Gościu od początku nam nie podpasił. Zobaczyli gringos i nagle wymyślili, że będą brali opłaty za wstęp. W dodatku widzieliśmy jaki syf zostawili kąpiący się tu ludzie, a myśmy naprawdę po sobie posprzątaliśmy. W końcu kolesie widzą że nic nie wskórają i sobie idą, a my pakujemy osiołka i idziemy dalej, mijając się z całym stadem lam i alpak które właśnie wtargnęły na termy się wysrać :DDDD
Dzisiejsza droga nas nie rozpieszczała. Najpierw dwie rzeki do przejścia, zgubiona droga dwa razy. Później zaczął padać grad i walić pioruny akurat wtedy kiedy byliśmy na szczycie góry. Szybko próbowaliśmy zbiec na dół, adrenalina zatrzymała ból nogi. Na dole szybkie rozkładanie namiotu, wszystko już i tak mamy mokre.

DZIEŃ 18
Krzysiek ma najcięższy plecak z całej naszej trójki ciągle mówi że musi coś oddać osłowi, a efekt jest taki że znów coś od Paksa zabiera. Dzisiaj stosunkowo rzadko gubimy drogę. Naprawdę
ciężko się w tym połapać. Czasami ścieżka jest mocno wyraźna, czasami nie widać jej wcale, czasami jest ich kilka. Często prowadzi do rzeki, a tam nie ma oczywiście żadnego mostku który powie Ci „tak, to jest właściwa droga, masz przejść przez rzekę” Musimy więc wybrać albo przez nią przechodzimy, albo musimy wspiąć się na górę. Dzisiaj przytrafiła nam się miła niespodzianka, zrobiliśmy sobie krótką przerwę po drodze przy jakiejś chatce. Krzysiek znalazł dla Paksa piękny kawałek zielonej trawy. Zauważyliśmy po 2 stronie rzeki unoszącą się parę – termy!
A co tam, otwieramy druciany płot i wchodzimy. Okazuje się że chatka jest kompletnie pusta, a obok basenu, w kamiennej zagrodzie są 2 wanny! Szaleństwo! Ucinamy sobie szybką gorącą kąpiel! Jak cudownie! Tym bardziej że pogoda nas nie rozpieszcza. Nie pada, ale całe niebo zachmurzone i jest zimno. Za termami wspaniała, szeroka, wyraźna ścieżka. Jednak na tym koniec niespodzianek. Szeroka ścieżka ciągnie się cały czas do góry. Zamiast się obniżać (Oropesa jest na 3300 m .n.p.m.) wychodzimy 200 metrów powyżej 4 tysiące, w dodatku zaczyna lać. Idziemy w deszczu totalnie już przemoczeni. Mistrz znajdowania miejsca na namiot znów staje na wysokości zadania i trochę wyżej nad drogą znajduje suchą miejscówkę pod skalnym okapem. Jesteśmy źli bo mamy siłę iść dalej a pogoda znów nam to uniemożliwiła. Powoli kończy nam się suchy prowiant, nie mamy też nic do picia wykorzystujemy więc czas na gotowanie makaronu i wody, oczywiście na alpakowych kupach. Ciekawe ile km mamy jeszcze do Oropesy? Na pewno ok 900 metrów obniżenia. Stopa ciągle boli i puchnie, ale daje radę. Rozwala mi się but, odpada podeszwa, but prawdopodobnie nie przetrwa.

DZIEŃ 19

Naszą wędrówkę w najwyższym punkcie zaczęliśmy od Culipampy na 4700 i mieliśmy dojść na 3300. Zeszliśmy na 4 tysiące, a dzisiaj musieliśmy znów wejść na 4700. Długi dzień, zaczęliśmy iść bardzo wcześnie, a skończyliśmy po ciemku. Po drodze była wioska (malutka osada raczej) o nazwie Kilkata, okazało się że jest sklep! Tyle że nie ma właściciela i nie wiadomo kiedy wróci. Nauczyciel z tutejszej szkółki daje nam w prezencie, o dziwo nie ziemniaki a krakersy i dwie bułki. Proponuje że może coś dla nas ugotować. Nam jednak trochę się spieszy, chcemy przejść przełęcz jak najszybciej, bo chmury wciąż nad nami. Na 4700 docieramy po ciemku i kontynuujemy wędrówkę, bo w końcu zaczęliśmy się obniżać. Chcemy zejść choć trochę niżej żeby było cieplej. Schodzimy na ok 4400 i mamy problem bo połamał nam się namiot, ale McGaywer daje radę, namiot przeżywa noc. Krzysiek pyta mnie czy nadal nie mogę napatrzeć się na lamy i alpaki, żartuje sobie, że chyba na talerzu. Alpak i Lam widzieliśmy miliony. Przeróżne wiekiem, kolorem, sierścią, wszystkim. Dalej mi się podobają, ale przy ośle nie mają żadnych szans .
Paks zadziwia nas, jak łatwo przystosowuje się do jedzenia jakie tutaj ma. Na dużych wysokościach, roślinność jest surowa, twarda, ostra, z kolcami. Przez pół godziny obserwujemy jak PAKS zajada się takim krzaczkiem. Bez żadnych liści, z kolcami,a jemu najwyraźniej to smakuje. Jak odporny musi być, że go to nie rani…

DZIEŃ 20 . Dzień 29 od kiedy mamy PAKSA

Ciągle w dół, w dół, w dół. Serpentynami, skrótami, jakkolwiek ale w dół. My się obniżamy, temperatura rośnie. W końcu docieramy do celu – 3300 m n.p.m. Totora. Miała być Oropesa ale jak się okazuje to praktycznie jedno i to samo tylko po dwóch różnych stronach rzeki. Znajdujemy nocleg i czeka nas przykry spacer – w poszukiwaniu kupca na PAKSA. Nie wiemy do końca jak się za to zabrać, od czego zacząć. Wszystko jednak odbywa się dość naturalnie. Ludzie sami nas zaczepiają i pytają skąd idziemy i dokąd. Gdy się dowiadują, że chcemy sprzedać osła, pytają jeden drugiego i wieść się rozchodzi. Jednak okazuje się, że wystarczy kupić marchewki, siąść na krawężniku i zacząć karmić Paksa, a już nie trzeba chodzić po wiosce, wioska przychodzi do nas. Każdego bawiło to że karmimy osła marchewkami. Oczywiście jeden „znawca” zagląda na Paksa i ogłasza wszystkim, że jest stary. Mówimy mu że możemy pójść wszyscy do weterynarza i niech prawdziwy znawca to oceni. Nikt tutaj na szczęście nie mówi, że stary osioł to tylko na mięso. Jakaś kobieta jest zainteresowana, ale krzywi się że nie jest wykastrowany. Wszyscy się śmieją gdy mówię im, że to chyba dobrze bo jest silniejszy, 100 % macho . Rozmowy trochę trwają, cały tłumek stoi dookoła nas, oglądają Paksa, próbują negocjować cenę. Na jego korzyść wpływa to że przeszedł z nami ok
200 km przez Andy. W końcu jedna kobieta mówi, że jeśli spuścimy cenę ona go weźmie. Jej córeczka z miłością głaszcze Paksa i robi mu warkoczyki. Widać zresztą, że ludzie tutaj mają całkiem inne podejście. Nie ma tu dużo osłów. Głaszczą go, odnoszą się do niego z czułością, patrzą na niego z zaciekawieniem. Chcemy już mieć do za sobą. Obniżamy cenę i sprzedajemy Paksa . I tak sprzedaliśmy go drożej niż go kupiliśmy. Myślałam, że dam radę, ale nie daję. Łzy ciurkiem spływają mi po twarzy gdy się z nim żegnam. Krzysiek ma szczęście, bo przez to jego świeczki w oczach uchodzą uwadze. Teraz wszyscy mnie żałują „pobresita” (biedniutka) „nie martw się, będzie miał tu dobrze”. Kupujemy mu jeszcze marchewki, część zjada, część pakujemy do torebki i dajemy nowej właścicielce. Jest trochę przerażona, że nauczyliśmy osła jeść marchewki i ona teraz będzie musiała mu kupować bo nic innego nie będzie chciał jeść. Córeczka odchodzi z Paksem, a nas nowa właścicielka Paksa zabiera do siebie, naciągnąć nas na zakup jej rękodzieł. Przynosi nam całe pudło maskotek zrobionych z futra alpak. Misie, alpaki, pieski, foczki, cały zwierzyniec. Są piękne, ale dużo sobie za nie liczy. Okazuje się, że one słyszały już o nas. Eriberto, motocyklista z Huacullo opowiadał nam o kobietach robiących rękodzieła z alpak. W międzyczasie był w Totorze i tym kobietom opowiadał o nas.
{Żgnamy się z nimi szybko, chcemy już w samotności smucić się rozstaniem z Paksem. Po drodze jeszcze dwie osoby pytają zainteresowane kupnem osiołka. Jest nam strasznie smutno, ale nie było wyjścia, od początku wiedzieliśmy że w końcu będziemy musieli go sprzedać. To była piękna przygoda i NIGDY Paksa nie zapomnimy. Ja płaczę już do końca dnia. Chcemy się szybko stąd wynieść. Mamy busa do Abancay o 2 w nocy. Jest tak jak mówił kierowca Rodolfo, nie ma stąd busów do Antabamby.
Myśleliśmy że Totora-Oropesa to będzie coś większego niż jest. {Ż będzie net- nie ma, nie mamy nawet zasięgu w telefonach. Mamy nadzieję, że nasi rodzice nie postawili na nogi wojska, policji i straży pożarnej w Peru

18.07
Kilka firm przewozowych, żadna już nie ma miejsca w samochodzie. Musimy zostać w Totorze dzień dłużej. Strasznie nie chcemy spotkać już Paksa. Wiem że jak go znów zobaczę, będę przeżywać na nowo. Parę razy jestem już bliska tego żeby iść go poszukać, ale Krzysiek twierdzi że to nie jest dobry pomysł. {Ż powinniśmy już go zostawić w spokoju. Cały czas go wspominamy i to jak cudowna wędrówka to była. Ile radości dostarczył nam ten bidniutki osiołek. Oczywiście moglibyśmy kontynuować wędrówkę, tylko że tak czy siak w końcu nastąpi koniec, a każdy dzień z Paksem przyzwyczajał nas do niego jeszcze bardziej.
Nie chce nam się kompletnie nic, siedzimy cały ranek w łóżku i robimy notatki, lub drzemiemy.
Plan na najbliższe dni: jedziemy busem do Abancay, stamtąd jedno z nas jedzie do Antabamby po nasze rzeczy, drugie zostaje w Abancay.

W końcu zmuszamy się na spacer. Najpierw odwiedzamy urząd miasta w Totorze. Szukamy jakiejś dobrej mapy kartograficznej regionu, brakuje nam trochę informacji na temat nazw rzek itd. Pan daje nam w prezencie książkę. Dużo ciekawych informacji, miło z jego strony. Później idziemy na drugą stronę rzeki do Oropesy. Dużo zwiedzania nie ma, bo miasteczko malutkie. Kupujemy bilety do Abancay na 1:30 w nocy. Następnie odwiedzamy punkt widokowy, ale zamiast widoków, wypatrujemy Paksa. Wieczorem idziemy na kolację, przysiada się do nas Pilar. Poznaliśmy ją w nasz pierwszy dzień w Totorze. Szukaliśmy jedzenia dla Paksa i jakaś babka w sklepie powiedziała że „los Padres” (ojcowie) mogą coś mieć. Ojcowie to księża z Włoch, którzy od 10 lat są tutaj na misji. Ojców nie ma, za to wychodzi Pilar. Peruwianka, ma męża Włocha i 5 dzieci, też od 10 lat jest tutaj na misji. Nie do końca rozumiemy za co oni tutaj żyją, jak do do końca wygląda. Pomagają tutejszej biedocie i ludziom chorym psychicznie, bezdomnym. Podczas oczekiwania na kolacje, poopowiadała nam dużo ciekawych rzeczy o życiu tutaj. Pilar mówi nam że żyje tu 8 ludzi chorych psychicznie. Niektórzy mieszkają z nimi, inni nie mają domu, chodzą nocami po ulicach i gadają do siebie. Opowiada nam o 50 letniej kobiecie która dzisiaj zmarła. Ponoć była szalona. Przez wiele dni nie wychodziła ze swojego domu bez drzwi i okien, jadła swoje odchody i ziemie. Dzisiaj wyszła z domu i znaleźli ją martwą. Pilar zaprasza nas po kolacji do siebie na kawę.
Tam poznajemy Emanuela z Włoch, który jest tutaj od miesiąca i zostaje jeszcze 5. Ponoć co roku wysyłają 5 wolontariuszy z Włoch, żeby mogli zobaczyć jak wygląda tutaj życie i pomóc. Emanuel niewiele mówi w Castellano. Rozmawiamy z nim kombinacją castellano i angielskiego. Jest z nimi też Teresa i Sabi, obydwie miejscowe, starsze kobiety które nie mają domu i rodziny i mieszkają tutaj. Później dołącza mąż Pilar – Tony, dwóch księży z Włoch i jakaś Włoszka. Mają swoje pola i krowy, swoje warzywa i owoce. Z tych produktów przygotowują posiłki dla ok 200 biednych z Totory i okolic. Częstują nas swoim pysznym serem i domowym pieczywem. Dajemy im nasze koce, które nam już i tak nie przydatne, mogą się przydać komuś potrzebującemu. Opowiadają nam o ciężkiej sytuacji w tym regionie, o tym że nie ma tu szpitala jest tylko jakiś punkt pomocy. {Ż za wszystko trzeba płacić, nic nie jest refundowane. Droga jest dopiero od 2 lat, od niedawna jeździ ambulans. Wiele ludzi jest analfabetami, dzieci nie chodzą do szkoły, biednie karmione nie rosną. Chodzi przede wszystkim o ludzi którzy mieszkają z dala od miasta. Widzieliśmy różne takie domy, gdzieś w górach, z daleka od cywilizacji. Wiele kilometrów od szpitala, szkoły, bez prądu, wody, na uboczu świata. Mają tam swoje zwierzęta i uprawy.
Ciekawa wizyta, bardzo fajni ludzie.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.