Zatrzymani na granicy za przemyt (Peru)

Uprowadzili ją po raz trzeci, a my byliśmy tego świadkami dziesiątki razy. I to zawsze w latynoskich busach z hiszpańskim dubbingiem. Zanim puścili film zażartowaliśmy sobie, że pewnie puszczą Uprowadzoną*. Umieraliśmy ze śmiechu, gdy okazało się, że mamy rację. Przegryzaliśmy pieczony bób i domowe czipsy z kamote (słodkich ziemniaków) i platanów. Byliśmy w drodze już ponad 30 godzin, zanim dojechaliśmy do granicy ekwadorsko-peruwiańskiej. Ludzi nie było, poszło w miarę szybko, nikt się nie zainteresował naszymi bagażami. Więc już zupełnie spokojni i wyluzowani wsiedliśmy do naszego busa w dalszą drogę do peruwiańskiego miasta – Piura. Pół godziny później zatrzymaliśmy się na punkcie kontroli celnej.

– Czy to wasza ta czarna torba? – zapytał celnik. Już się w poprzednich krajach zdarzało, że ją przeszukiwali, pewnie zwraca na siebie uwagę, bo jest duża i łatwa do otwarcia. Za każdym razem czułam ucisk w żołądku, gdy ją otwierali. Sprzęt wspinaczkowy, kamery-pułapki, mieli do czego się przyczepić. Kiedy wjeżdżaliśmy do Kolumbii, a później do Ekwadoru, dopytywali nas o kamery, ale po krótkich wyjaśnieniach po co, za ile, na co, odpuszczali. Tym razem miało nie być tak łatwo.

– Nie zadeklarowaliście ich na granicy, musimy je skonfiskować.

Zaczęliśmy tłumaczyć, prosić, przepraszać. Że nikt nas nie sprawdzał na granicy, że wcześniej nikt nie kazał nam ich deklarować, że one są używane i wcale nie tak wiele warte, jakby się wydawało.

Mundurowy odpalił regulamin i wskazał zdanie : na jedną osobę przysługują maksymalnie 2 aparaty fotograficzne.

– Ale to nie są aparaty fotograficzne. To kamery pułapki, bardziej służą rejestracji gatunków niż zdjęciom.

Nasze tłumaczenia były niestety mało skuteczne, nieważne jakiej jakości robią zdjęcia, robią je i już. Młody funkcjonariusz kręcił się, oglądał te kamery niezliczoną ilość razy, pytał o to samo kilkukrotnie.

– Co robić, co robić?– zastanawiał się. Chciał nam pomóc, było widać, że najchętniej by nas puścił, ale nie mógł. Zapytał przełożonego, ten już nie miał żadnych wątpliwości.

– Według prawa powinniśmy wam je zabrać. Jedyna opcja, że wrócicie teraz na granicę i je zadeklarujecie.

– Ale przecież my jedziemy busem, czekają na nas, zapłaciliśmy już bilety do Piury! Jak teraz mamy wrócić na granicę? – prosiłam ze łzami w oczach. Choć już wiedziałam, że nic nie wskóramy.

Wrócić na granicę okazało się bardzo prostą sprawą. Miliony colectivos (to takie osobowe samochody, niby taksówki, ale które dzieli się z innymi ludźmi i dzięki temu są tanie) kursowały w te i z powrotem, więc po paru minutach jechaliśmy już w drogę powrotną, ostrzeżeni o tym, by nie mówić, że zawrócili nas na punkcie kontrolnym, bo skoro nie zabrali nam kamer to złamali prawo.

– Mamy kamery do zadeklarowania.

– Ile?

– 10 – wybałuszył oczy – jak to? Aż 10? Co to za kamery?

Znów odesłali nas gdzie indziej. Wcześniej celnicy na punkcie kontrolnym powiedzieli nam, że dostaniemy pozwolenie tymczasowe, bo chcemy tych kamer używać w Boliwii, a przez Peru tylko przejechać i że nie będziemy musieli za to płacić. Byliśmy wciąż wściekli, ale też pełni nadziei, że zrobią nam zaraz ten dokument i pojedziemy w drogę.

– Aż 10 kamer? – powiedział szef i podrapał się po głowie. – ojej, to za taką ilość będziecie musieli zapłacić cło i vat.

– Ale proszę pana, my tylko przejazdem przecież, do Boliwii jedziemy.

– Poczekajcie chwilę.

I czekaliśmy. Pół dnia. Powiedzieli nam, że jedyna opcja jest taka, że zapłacimy „gwarancje”, po czym przy wyjeździe z Peru dostaniemy pieniądze z powrotem. Oczywiście pod warunkiem, że będziemy mieli wszystkie kamery ze sobą, nie sprzedamy ani nie zostawimy ich nigdzie po drodze. Jest jeszcze jedno ALE. Bo oni nigdy wcześniej czegoś takiego nie robili i muszą się dowiedzieć i nauczyć. A to potrwa.  – Wróćcie jutro rano – zalecili.
Zanim jednak wyjechaliśmy trzeba było spisać protokół, wszystkie kamery tak skrzętnie pakowane w folię bąbelkową musiałam rozwalać, by komisarz spisał numery seryjne. W tym czasie Krzysiek pojechał do najbliższej miejscowości w Ekwadorze, bo tylko tam był bankomat, a przecież potrzebowaliśmy pieniędzy, żeby zapłacić gwarancję. Co prawda mieliśmy już od poprzedniego dnia pieczątki wyjazdowe z Ekwadoru i wjazdowe z Peru, ale tutaj nikt na takie szczegóły nie zwraca uwagi i granicę można przekraczać do woli.

Witamy w Peru
Witamy w Peru

Tym razem to ja zostawiłam w Peru odcisk palca, jako pieczątkę do mojego podpisu (wcześniej Krzysiek składał kilka lat temu, gdy poszedł na komisariat z naszym osłem). Na dokumencie, który miał być zaświadczeniem dla nas, i dla nich, że zostawiamy w ich opiece nasze kamery. Z nimi nie mogliśmy nigdzie pojechać. Złapaliśmy colectivo do najbliższej peruwiańskiej miejscowości Suyo i tam zostaliśmy na noc.

Godzina 8:30 zameldowaliśmy się na granicy ponownie. Miałam nadzieję, że wskoczymy do busa tej samej firmy, którą jechaliśmy dzień wcześniej. Na granicy powinien być koło godziny 12.

– No przestań, nie będziemy czekać aż do 12. Pojedziemy colectivo do Las Lomas, a tam już znajdziemy busy do Piury – przekonywał mnie Krzysiek, optymista.

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że nawet na ten autobus o 12 nie zdążymy. Wstajemy, siadamy, idziemy do śmierdzącej rzeki kilkanaście kroków i wracamy, gapimy się na Ekwador, gapimy się na napis „Witamy w Peru”, robimy sobie durne zdjęcia, gadamy z ochroniarzem o życiu, uczymy się słówek, piszemy, łazimy do kibla, gapimy się na pełzającą jaszczurkę, jemy czipsy z platana, czekamy.

Oczekiwanie na granicy
Oczekiwanie na granicy

Po 7 godzinach w końcu wyszedł szef. Niestety, to jeszcze potrwa, bo błąd w systemie mają. Byliśmy coraz bardziej nerwowi. Musimy dostać kwitek do banku, by wpłacić gwarancję. Do najbliższego banku trzeba dojechać, a w pewnym momencie go zamkną i znów będziemy musieli kolejną noc spędzić na granicy!

Zamiast nad oceanem siedzieliśmy nad zasraną rzeką z widokiem na Ekwador, za plecami witali nas w Peru, choć wpuścić nie chcieli. Bynajmniej nie z kamerami, a bez nich się nie ruszymy.

Rzeka  i widok na Ekwador
Rzeka i widok na Ekwador

Godzina 16:30, celnicy niedługo kończą pracę. Wychodzi oficer/komendant/szef:

– Przykro nam, co prawda system już działa, ale mamy inny problem. Nie mamy rachunku bankowego, na który moglibyście wpłacić gwarancję. Możemy go otworzyć dopiero jutro. Mówiłem wam, że jesteście naszym pierwszym przypadkiem i to nie jest takie proste.
– No ale co teraz?! Czyli musimy czekać do jutra? To rozbijemy namiot tutaj.
– Proszę, poczekajcie jeszcze chwilę, pogadam z księgową – i zniknął.

Pół godziny później, W KOŃCU udało im się wymyślić rozwiązanie: możemy wpłacić gotówkę, potwierdzając odciskami palców, a oni ją wpłacą na konto, jak już je w końcu utworzą! Upewniamy się jeszcze, czy możemy wyjechać z Peru przez dowolne przejście graniczne. Przeprasza nas szef, przeprasza księgowa, lekko zażenowani uśmiechają się nieśmiało, ochroniarz wyciąga spod szybki na swoim biurku zmiętoloną mapę Peru i wręcza na nam pamiątkę, – powodzenia, szerokiej drogi!

Witamy w Peru
Witamy w Peru

PORADY – co i jak można wwieźć do Peru i Boliwii?

– Z kamerami do Peru wjechaliśmy na tzw „ingreso temporal” (tłum. wwóz tymczasowy). Oznacza to, że trzeba zapłacić około 20% (nam wyszło 18,9%) wartości wwożonego towaru, jako gwarancję. Pieniądze dostaniemy z powrotem podczas wyjazdu z Peru, przedstawiając dokumenty na granicy i okazując wwiezione przedmioty. Warto mieć ze sobą dowód zakupu i znów, w naszym przypadku, go nie mieliśmy. Celnicy sporo czasu więc spędzili na ustalaniu ich wartości.

– wpłatę powinniśmy dokonać przez bank (Banco de la Nacion) na ich konto. W naszym przypadku, jako że ta agencja celna nie miała konta bankowego, celnicy przyjęli od nas gotówkę.

– trzeba być na granicy jak najwcześniej i w dni robocze, bo procedury mogą zająć dużo czasu. (choć dzięki nam już na przejściu granicznym Macara nieco szybciej;). Nie da się tego załatwić też na każdym przejściu, o czym poniżej. 

– zwrot gwarancji również może zostać zrealizowany, tylko na wybranych przejściach granicznych. (np na przejściu granicznym Kasani nie jest to możliwe i trzeba jechać do Desaguradero – co sprawdziliśmy na własnej skórze;)). Aktualną listę przejść granicznych można znaleźć pod hasłem „SUNAT pasos de frontera autorizados para el tránsito.”

– Jak wygląda cała procedura zwrotu gwarancji? Udajemy się do urzędu celnego (w Peru nazywa się SUNAT). Przedstawiamy wszystkie dokumenty, paszporty, okazujemy kamery, które są przeliczane. A następnie znów trzeba czekać, w międzyczasie przechodząc procedurę paszportową.

– Celnicy poświadczają wywóz towaru i wystawiają dokument uprawniający do odebrania pieniędzy z banku. Z tym kwitkiem musimy jechać do najbliższego Banco de la Nacion.
(w naszym przypadku, jako że płaciliśmy gotówką, celnicy utworzyli specjalny przelew pieniężny – un giro bancario, dzięki któremu mogliśmy odebrać gotówkę w banku. Dostaliśmy pieniądze z powrotem, w kwocie pomniejszonej o 3 dolary jakichś opłat bankowych)

– najświeższe informacje o tym co można wwieźć do Peru (w języku hiszpańskim): SUNAT
( między innymi: 1 komputer, 2 telefony komórkowe, 2 aparaty fotograficzne, 1 kamera amatorska, a także inne rzeczy o łącznej wartości 500 USD z zastrzeżeniem że danego rodzaju może być jedna sztuka)

– Z Boliwią jest jeszcze gorzej. Możemy mieć jedynie po jednym aparacie fotograficznym i jednej kamerze. Informacje na ten temat znajdziecie ADUANA.

Po odzyskaniu pieniędzy czekała nas kolejna przeprawa – granica boliwijska i kolejni celnicy. Zaryzykowaliśmy upychając kamery pomiędzy ubraniami w bagażu głównym. Na granicy nie było problemów. Ale znów przeszukiwali bagaże w punkcie kontrolnym kilkadziesiąt kilometrów dalej. Z granicy do La Paz, jadą małe autobusy i wszystkie bagaże lądują na dachu. Jechało z nami tylu sprzedawców z rzeczami na handel, że to ich maglowali, a nie nas. My wjechaliśmy więc całkiem spokojnie nie licząc stresu. W końcu ryzykowaliśmy utratę kamer w przypadku ich znalezienia, powrót na granicę, stratę czasu i pieniędzy, a także zgniecenie ich lub uszkodzenie w bagażu głównym na dachu. Możemy jedynie podejrzewać, że gdybyśmy pojechali busem z normalnym bagażnikiem, to by nas przeszukali. Ale wszystko skończyło się dobrze :). 
Jesteśmy w Boliwii, kamery są z nami, a boliwijscy celnicy pojęcia o tym nie mają ;). 

 

  • Film „Uprowadzona” z Liamem Nelsonem cieszy się ogromną popularnością w latynoskich busach. A są aż trzy części!

11 komentarzy

      1. This pt. is so very lucky. Im glad she is doing well (appears feminine to me). Hopefully she’ll leave the hosp. informed, compliant and free of infection, manage her disease and be haodl.Well-ypvep.

    1. No z platanów czyli takich specjalnych bananów (zwą je warzywnymi) jak są zielone to trochę są jak ziemniaki, a bardziej dojrzałe są słodkie. Gdzieś kiedyś słyszałam, że nie powinno się ich jeść na surowo, ale my jemy te dojrzałe, są twardsze, ale mają mega smak!

  1. Pingback: PODSUMOWANIE ROKU 2017 - Wystraszeni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *